Moje dzieci przeżywają dzieciństwo, o którym ja marzyłem oglądając nielegalną niemiecką kablówkę.
Włożyłem talerze po kolacji do zmywarki i wyszedłem z kuchni. Przez okno w salonie widzę akurat jak Szymo skacze „na bombę” do basenu na tarasie. Jest wpół do ósmej wieczorem, a moje dzieciaki postanowiły jeszcze przed snem pofikać w basenie. Stałem i po prostu patrzyłem jak się bawią, jak przeżywają dzieciństwo, o którym ja marzyłem.
Werbung
Dwadzieścia siedem lat temu, w roku 1990 założono u mnie w bloku „kablówkę”. To był totalny nielegal, ale wtedy nikt o tym nie wiedział. Dwóch gości przeszło się po wszystkich mieszkaniach, zebrali jakąś (o ile pamiętam) niewielką kwotę – jednorazową opłatę. Po czym ustawili na dachu talerz satelitarny, pociągnęli kabel i już. Dostaliśmy chyba 10 zagranicznych, głównie niemieckich, kanałów. Magia. Z wypiekami na twarzy oglądałem Mini Playback Show na RTL. Kompletnie nic nie rozumiałem, bo niemieckiego po dziś dzień nie znam, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Oglądałem bajki, oglądałem programy, ale przede wszystkim oglądałem „werbungi”. Jako ośmiolatek wychowany w komunie nie bardzo wiedziałem co to jest reklama. Wtedy dla mnie i mojego brata były to fantastyczne programy. Oglądaliśmy te „werbungi” w bloku z wielkiej płyty i marzyliśmy o tych wszystkich zabawkach, o tych ładnych domach i ładnych wnętrzach. Dziś może się to wydawać nieco żałosne, ale wtedy, na przełomie epok, byliśmy w zasadzie krajem trzeciego świata, komunistycznym reliktem, gdzie polarne niedźwiedzie szczekają dupami. Pamiętacie tę piosenkę „We are the world, we are the children”? W zasadzie to było do nas, biednych dzieci z biednego smutnego kraju.
Ćwierć wieku
Minęło ćwierć wieku, tyle co nic, a jednak wszystko się zmieniło. Wiadomo, nie dla wszystkich i nie wszędzie i przede wszystkim nie po równo. Ale jednak się zmieniło. Dla mnie najważniejsze co uległo zmianie, to fakt, że mogę się realizować, mogę pracować jak chcę i mogę przyzwoicie zarabiać. Mogę. Moi rodzice nie mogli. Oczywiście nie chcę popaść w „kołczingowy” bełkot, że jak uwierzysz w siebie to możesz wszystko i sky is the limit, ale kurcze, jest w tym ziarno prawdy. Pracuje w młodej branży. Większość moich znajomych, podobnie jak ja, zrobiło coś z niczego. Niektórzy dorobili się konkretnych fortun, inni żyją bardzo dobrze, niektórzy przeciętnie. A to „przeciętnie” to i tak o wiele więcej niż „przeciętnie” sprzed 27 lat. Wczoraj widziałem przyklejone do szyby biura podróży ogłoszenie: tydzień w Grecji za 1200zł. 1200zł! Nie ważne, że to nie luksusowy hotel i nie najlepsza plaża, ale to wakacje w Grecji za 1200zł, a to połowa niskiej miesięcznej pensji. Gdy byłem dzieckiem wakacje w Grecji to była taka abstrakcja, że nawet się za bardzo o tym nie marzyło, bo wychodziło to poza skale wyobraźni.

Błogosławiona chwila
Stoję tak sobie i patrze jak te moje dzieciaki fikają w basenie i autentycznie się wzruszyłem. Olałem już nawet fakt, że to wieczorne pływanie to była samowolka, bo mieli po kolacji iść sprzątnąć swoje pokoje. To była taka błogosławiona chwila, patrzeć na szczęście swoich dzieci i samemu być szczęśliwym. Jedyne co bym chciał, to żeby żaden wariat w rządzie nie próbował tego zniszczyć przez swoje chore obsesje i nienawiść do wszystkich. Żyjemy w czasach pokoju, w czasach dobrobytu. Doceńmy to i szanujmy to. Nasi rodzice tego nie mieli.
Jesteśmy szczęściarzami. Nasze dzieci są szczęściarzami. One żyją w naszych marzeniach. One żyją w filmach, które oglądaliśmy.
Stoję tak i patrzę jak moje dzieciaki się śmieją, bo Szyma „bomba” wylała z 50 litrów wody z basenu. Stoją i patrzę jacy oni są szczęśliwi i sam jestem szczęśliwy bardziej niż sobie to kiedyś próbowałem wymarzyć.
pozdrawiam
Zuch
- „Zgrana Paczka” – gra na warsztaty - 20/04/2026
- Scrabble – ta klasyka się nie starzeje - 30/03/2026
- AI w szkole niszczy samodzielne myślenie uczniów - 02/03/2026
Nic dodac, nic ujac. Moje marzenia wygladaja tak, ze nawet nie chce, zeby moja corka zyla w lepszym kraju, marzę, by nie zyla w gorszym!
W zasadzie urodziłam się pod koniec lat 90., więc reklamy oglądałam już w polskiej telewizji, ale też mnie fascynowały Mnie zawsze coś skręca, gdy patrzę na ubranka dla dzieci. W takim pepco za kilkanaście złotych się kupi całą garderobę. Ładną, kolorową. Ja całe dzieciństwo nosiłam dresy po jednym kuzynie, bluzę po drugim, dżinsy od ciotki… Nie tylko ja zresztą, raczej cała moja podstawówka. Spodnie z cekinami i haftami to był szczyt marzeń. Albo ubrania nie po rodzinie i nie z lumpów. Albo ładny, własny pokoik. Nie przechodni w starym domu, jak u większości moich znajomych, pokryty dziwną tapetą i zapchany meblościanką. Moje i moich znajomych dzieciństwa były fajne, ale zwyczajnie nieestetyczne. Brązowe koce, brązowe meblościanki, szare domy, szare dachy z eternitu – w takich barwach mam większość wspomnień.
Urodziłem się mniej więcej w podobnym okresie, pamiętam kartki, proszek do prania kupowany „spod lady”, wizyty w Pewexie i tą niemożność mania tego co się widzi. „Werbungi” też pamiętam, oglądane u kuzyna. Patrząc na czasy dzisiejsze, dziękuję, że jako naród tyle zmieniliśmy. Nie zmieniajmy tego na powrót, albo co gorsza na powrót.
U mnie odpowiednikiem Twoich „werbungów” był grubaśny katalog z jakiegoś niemieckiego sklepu wysyłkowego, a w nim – dział z zabawkami. Rany, jakie tam były cuda! I jaki ten katalog był „spracowany” od częstego wertowania! Też mnie czasem nachodzi myśl, że moje dzieci mają to, o czym ja mogłam tylko pomarzyć. Sama wręcz nie mogę się często powstrzymać od kupienia im kolejnego ubranka, zabawki czy książki, choć już nie mamy tego wszystkiego gdzie trzymać i choć boję się popaść w jakiś skrajny materializm 😛 No i nie chciałabym jednak, żeby im to wszystko tak spowszedniało, że już nawet nie będzie cieszyć dłużej niż 5 minut.