Kiedy mój synek miał pięć lat, wziął z półki stary album ze zdjęciami, a ze środka wypadła klisza fotograficzna. Szymek wziął ją do ręki, zaczął oglądać z zainteresowaniem i spytał: co to jest? Odpowiedziałem, że to klisza, że tak się kiedyś robiło zdjęcia. I wtedy poczułem się stary.
No może nie stary, ale mocno dotarło do mnie, że dzieli nas cała epoka.
Zacząłem sobie o tym myśleć. Zastanawiać się, które z rzeczy tak charakterystycznych dla mojego dzieciństwa, będzie zupełnie obcym dla moich dzieci? Pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy są zdjęcia. Dziś fotografia cyfrowa opanowała świat.
Zdjęcia
Wzrost liczby aparatów (czy to kompaktowych, czy w telefonach) jest odwrotnie proporcjonalny do jakości wykonywanych zdjęć. Kiedyś do zdjęć się ustawiano. Mój tata robił takie partyzanckie zdjęcia przy każdej okazji, ustawiał nas, ustawiał Zenita. Trzydzieści sześć zdjęć stojących ludzi (poza siedzącym zwykle solenizantem lub jubilatem).
Właściwie to tata takie zdjęcia robi cały czas, mimo iż teraz ma cyfrówkę, a chyba nawet dwie. Kiedy jechałem gdzieś na wakacje miałem świadomość trzydziestu sześciu klatek filmu. Każde zdjęcie było cenne.
Dziś moja dwuletnia córeczka dla zabawy robi zdjęcia komórką. Mamy tysiące zdjęć. Już nawet nie chce mi się ich robić. A klisza? Jeśli, któreś z moich dzieci będzie hipsterem, to może będzie korzystać z filmu. Ale za te dziesięć lat, to pewnie musiałoby być jakimś uberhipsterem.
Co prawda będą mogli bez problemu udokumentować każdą chwilę swojego życia, ale kosztem sentymentu jaki się ma do tych pojedynczych, analogowych zdjęć. Coś za coś.
Werbungi
Pamiętam jak w 89 czy 90 roku przyszła „firma”, która na dachu bloku zainstalowała antenę satelitarną. Wzięli od każdego mieszkania, powiedzmy stówkę (wtedy milion złotych) i podłączyli kable. Niemiecka telewizja była wtedy taka piękna. Mieli takie wspaniałe programy i bajki. Kij z tym, że po niemiecku (którego nie znam do dziś).
Na RTL był Miniplayback Show, a na TVP2 Wielka Gra. Ale ja nie o tym. W 90-tym roku miałem 8 lat, mój brat 6. To co naprawdę było najciekawsze w niemieckiej telewizji, to „werbungi”. Był sobie jakiś program i przerywali go puszczając „werbung”. Wspaniała sprawa.
Pokazywali fajne słodycze, zabawki, sprzęt elektroniczny, itp. Pamiętam, że mówiliśmy o tym „werbung”, bo nie było w naszym słowniku terminu „reklama”. Te w Polsce zaczęły się chwilę później (tzn. były już, ale nie takie i nie na taką skalę).
Więc oglądaliśmy te „werbungi” i chłonęliśmy rzeczy, których u nas nie było: Haribo, Nutella, Lego, Matchbox, Matel. Pamiętam, że wtedy, na początku nie bardzo to ogarnialiśmy i nie bardzo wiedzieliśmy po co w ogóle te „werbungi” puszczają – poza tym, że były cudowne.
Dziś to wszystko jest. I jest bardzo powszednie. Reklam nie oglądam, w ogóle nie za bardzo oglądam telewizję. Moje dzieci też. A za kilka, kilkanaście lat, pewnie będą rzygać reklamami. Coś co dla mnie było niesamowite, u nich będzie wywoływać grymas. Moje dzieci z pewnością nie będą wołać się z drugiego pokoju, tylko dlatego, że właśnie zaczęły się „werbungi”
Ołówek, ale nie taki okrągły
Każdy z mojego pokolenia wie, że lepsze są ołówki o kanciastych brzegach drewienka. To samo tyczy się kredek. Mazaki powinny mieć karbowaną zatyczkę, a nie gładką. Gładkie były do bani. Dlaczego?
No to spróbujcie drogie dzieci przewinąć kasetę magnetofonową ołówkiem, który ma okrągłe drewienko. Nie klinuje się, ślizga się, syzyfowa praca. Miałem taki ulubiony mazak, którego zatyczka idealnie wchodziła w otwór w kasecie. Wystarczyło pokręcić z minutę i kaseta przewinięta. No przecież nie przewijałem w walkmanie na bateriach, jak jakiś burżuj.
Dziś moje dzieci pewnie nie bardzo wiedzą co to kaseta. Dziś mamy nawet nie mp3, a streamy takie jak Spotify albo youtube. W taki sposób jak ja moje dzieci nie będą korzystały z ołówków czy mazaków.
Nie będą zbierać… a nie… zbierają…
Lata 90te charakteryzował też specyficzny element wystroju wnętrz. Wtedy był powszechny, dziś spotykany raczej w studenckich dziuplach, albo innych melinach. Nie mniej wtedy takie kolekcje były sprawą prestiżu. Jeśli miało się wujka, który jeździł do Niemiec, to byliśmy królami.
Chodzi o puszki po napojach i piwie. Młodsi z Was mogą nie dowierzać, ale tak – kiedyś zbierało się puszki po napojach i to była cenna kolekcja. Ustawiało się na meblościance szpaler zdobyczy. Były napoje „orange” – koniecznie czytane fonetycznie, a także napoje JUP. Po latach okazało się, że to nie jest JUP, tylko 7up… Takie to były czas.
Zdarzało się, że wujek, który był kierowcą, przywoził rodzicom jakieś niemieckie piwo. Tak puszka, zagraniczna, zajmowała odpowiednie, elitarne miejsce na meblościance.
Paradoksalnie dziś moje dzieci też zbierają puszki, choć sposób i intencje są trochę inne. Po prostu segregujemy śmieci. Raz, że chcemy, a dwa, że mieszkanie w domu taką segregację wymusza. Tym sposobem gdy pojawi się w domu puszka (co dzieje się rzadko, ale jednak), to w ramach obowiązków domowych dzieci ją zbierają i wrzucają do kolekcji. Czyli do odpowiedniego worka w garażu.
Jedno pokolenie różnicy.
Zuch
- Rada dla ojców – odgrzewajcie kotlety - 12/06/2026
- Dobry żart - 21/05/2026
- „Zgrana Paczka” – gra na warsztaty - 20/04/2026
Ciekawe co za kilkanaście (dziesiąt?) lat napiszą na blogach nasze dzieci:)
I co będzie otaczało nasze wnuki:)
Ps. Werbungi poprawiły mi dzień:)
„Tato, jak to myszką? Co to myszka? Do komputerów?” oraz „klawiatura? Do czego wam była klawiatura?”
no, pokolenia dotykowców 🙂 moje dzieciaki przyzwyczajone do smartfona i tabletu smarują mi paluchami też po ekranie komputera 🙂
Może nieładnie jest linkować do swojego bloga, ale odnośnie zdjęć, zamiast się rozpisywać, wolę coś pokazać:
http://citybynight.blogspot.com/2008/12/zdzichu-i-bogdan-w-lesie.html
Kółko fotograficzne. Ciemna, analogowe procesy i kilkuletnie dzieciaki same wywołujące zdjęcia. W Poznaniu przez krótki okres czasu też miałem pomysł, by stworzyć coś takiego. Więc kto wie?
spoko, spoko, nie mam nic przeciwko takim linkom – o ile mają jakiś związek z wpisem. A Twój ma 🙂
o taaaak! genialny pomysł 🙂
A stówka to nie był czasami milion? 🙂
Chyba był 😀
a może… już nie pamiętam, w sumie tak, to był milion., poprawię – thx. Chyba za bardzo mi się skojarzyło z piosenką Kazika 🙂
Ja uwielbiałem na satelicie wrestling amerykański. Z tym mi się kojarzy do dzisiaj. Zresztą chyba z powodu tych wczesnych doświadczeń z językiem niemieckim nadal myślę o nim bardzo pozytywnie, kiedy inni mówią, że to taki szorstki język.
Co do reklam, to ja zapamiętałem ucztę reklamową z kina. Tam były najlepsze. Zwłaszcza te Levisa. Teraz to nawet Dosia się reklamuje w kinie.
jak miałem z 6-7 lat to poszedłem z mamą do kina na Akademię Pana Kleksa, czy coś w tym stylu, ale były jakieś problemy z taśmą, więc zastępczo – dla całej sali dzieci – puścili Terminatora 🙂 mama się wkręciła w film, młodszy brat zasnął ze strachu, a ja do dziś mam uraz 🙂
Ja tak miałem z Krwawym Sportem 🙂
Ale urazu nie mam 😀
A na pierwszego Burtonowego Batmana tak byłem nakręcony, że rodzice się ulitowali i przemycili mnie na premierę (w magicznym roku ’89 😉 w moje 8 urodziny (jak ja długo dumnie nosiłem w kieszeni urywek z gazety z repertuaru kina i dumnie pokazywałem, że byłem na filmie dozwolonym od 12 lat 😉 i to był najpiękniejszy moment mojego życia… ;D
O tak, tego troszkę żal i nasze dzieci nie poznają już tego uczucia, kiedy szukało się w ten sposób repertuaru (miasta, kiny, godziny seansów… zapach nowej gazety chyba kilka stron było do przewertowania… teraz wchodzimy na stronę najbliższego multiplexa, dwa kliknięcia, od razu rezerwacja miejsc).
Wideo… Moja córka nie zrozumie po co było nagrywać kolejne odcinki Generała Daimosa – siedzieć z paluchem na REC, żeby dobrze zsynchrnonizować odpalenie nagrywania z początkiem odcinka, kasetą przewiniętą do końcówki ostatniego (najlepiej, żeby ucięło napisy-po co marnować miejsce na ciężko wybłaganej 240-stce ;).
Teraz wystarczy YouTube, a jak bardzo, bardzo ciężka jest potrzeba na cały sezon i kasy nań nie ma, to przystań piracka oferuje duży wybór – w młodym wieku dylemat moralny „piracić/nie piracić” to abstrakcja 😉
Odnośnie nawyków dzieciarni i szybkiego „załapywania” ekranów dotykowch itp.
To jest nic. Ja sobie ostatnio przytaszczyłem do domu z pracy Intuosa na weekend, żeby wieczorami popracować.
Córa (2,5) zobaczyła, jak maziam piórkiem po tablecie i zadaje standardowe pytanie.
Ja na to, że tablet, że to pozwala pisać i rysować w komputerku jak ołówkiem po kartce.
Ona „chce”.
Myślę sobie – niech dzieciak poznaje świat w jakim będzie żyć, sadzam ją na kolanach, ustawiam duży jaskrawy pędzel w Photoshopie, daję jej to cudo technologii do łapki i pokazuję – tu piszesz, a tu patrzysz.
Ja bym chciał tak szybko opanować koordynację tablet/monitor… Jak na kartkach rysowała głównie kółka i kreski, nieśmiało zaczynała jakieś oczy gdzieś na skraju owalu uważanego przez nią za buzię, tak tu prawie proporcjonalnie, ładny okrąg, oczka, uśmiech – nawet skubana – ucho i zygzakowate włosy namazała…
Wcięło mnie, zwłaszcza że wcześniej myszy nawet w ręce nie miała.
Ot, po prostu – bez głębszej refleksji – „aha, to ołówek, tam kartka, rysuję” i już. Skąd taka naturalna łatwość… zagadka.
Mi rodzice opowiadali, jak to w czasach ich dzieciństwa telewizja nadawała czasem tylko kilka godzin dziennie na jednym/dwóch kanałach, to był szok taki jakim dla moich dzieci będzie pewnie opowieść o życiu bez internetu i komórek. A przewijanie kasety na kredce – widzę, że nie tylko ja taki innowacyjny byłem 😀
Z tym CD to nie szalej. Założę się, że wielu młodych nie wie, co to disc-man, a za parę lat nie będą wiedzieli co to płyta CD.. 😉
Miniplayback show – to było coś!
co do kredek – pamiętam jak bardzo chciałam mieć taką walizkę z kredkami i mazakami w różnych kolorach, strasznie to było wtedy drogie i oczywiście nigdy nie miałam, może ze 2 dzieciaków w klasie było na to stać. A teraz można to kupić za 30 złotych w markecie.
A pamiętacie zakładki do książki robione z takich starych klisz, czy to z aparatu czy takich z bajkami? Czyściło się kliszę jakimś rozpuszczalnikiem czy nie wiem czym, a potem przewlekało między dziurkami kolorowe nitki 🙂
I jeszcze jedno – co do telewizji, ja pamiętam, jakim przeżyciem była dla mnie pierwsza wizyta w wypożyczalni video – tyle kaset tam było, tyle kolorowych okładek! I można było wziąć tylko 2 jednocześnie, chociaż taki był wybór :)) tego już nasze dzieci też nie poznają.
A propos Werbungów – zawsze mnie zastanawiał głos lektora w reklamach zza Odry, zawsze brzmiał inaczej, bardziej głęboko i basowo, przyjemniej dla ucha niż ci nasi lektorzy.
Fragment o kasecie i ołówkach -do zapamiętania na wieki 🙂 Mnie jeszcze uderza fakt, że w księgarniach obok książeczek z pieskami i sylabami są książeczki dla trzy latków – jak zainstalować program, po co jest myszka , no taki mały informatyk 😀 Czasu się nie zatrzyma i zmian z nim idących też nie 🙂
> A klisza? Jeśli, któreś z moich dzieci będzie hipsterem, to może będzie korzystać z filmu.
Tylko czy za te parę lat dostaną jeszcze kliszę i chemię!
No pewnie 😉 Skoro dzisiaj ludzie robią koloidony, dagerotypię i masę innych „dziwactw” to i za ileś lat będzie można robić analogowo.
Fajny temat, można by pisac godzinami i wspominać 🙂
Ja dużo dzieciom opowiadam o PRL-u, bo one chcą tego słuchac i ciągle sie dziwić. Mówią czasami „no nie, teraz to juz zmyślasz” 🙂 Kiedyś opowiadałam, jak to pusto w sklepach było, tylko ocet i musztarda, po mięso trzeba było bladym świtem zajmowac kolejkę, a młodszy syn na to „to nie mogłaś iść do tesco??” :]
Na przełomie lat 70 i 80-tych, kiedy chodziłem do wczesnej podstawówki, marzeniem był długopis Bic (nb. świetnie nadający się do przewijania kaset). Były polskie podróbki, ale oryginalny Bic był tylko w Peweksie, kosztował dużo i jak się taki długopis dostało, to było święto. Niedawno potrzebowałem czegoś analogowego do pisania, wszedłem do pierwszego lepszego kiosku i poprosiłem o jakiś najtańszy długopis. Sprzedawczyni podała mi przezroczystego Bika…
A negatywy, z których robiło się zakładki, nie były czyszczone rozpuszczalnikiem – one były po prostu nienaświetlone.
Tsubasaaaa! Tylko po to się wracało ze szkoły 😀
I Daimos
Witam
Swego czasu pracowalem na stacji benzynowej i ktoregos razu jakas klientka chcac zaplacic za paliwo wyjmowalawszystko z torebki a wiecie jakie kobiece torebki sa glebokie, ale do rzeczy i ta pani wyjela 8 klisz Fotonu czarno bialych i okazalo sie ze ona tam pracowala oczywiscie nawiazala sie rozmowa i dostalem je w prezencie bo mowilem o nich z sentymentem ah te czasy klisz, kaset itp.
Pierwsze bajki jakie oglądałam były na slajdach- oglądałam je pod światło bo nie miałam projektora 😛
Fakt zestaw ołówek + kaseta to już dla obecnych nastolatków połączenie tak niezrozumiałe.. szkoda.
Jeszcze jeden sentyment/wspomnienie z dzieciństwa .. commodore c64! Przez „godzinę” wstrzymany oddech coby kaseta się wgrała i gra ruszyła 😀 +oczywiście śrubokręt do regulowania głowicy 😛
no i Atari 800XL :)… Potem stacja dysków i pierwsze dyskietki 5,25 cala… potem Amiga, dyskietki 3,5 cala i pamięci tyle co piętnaście atarynek… i walka z pecetowcami o przetrwanie. 🙂
Dzięki za ten materiał wspomnienia to cenna rzecz.
Och .. ja pamietam to hasło WERBUNG!! to były niesamowite czasy… pamietam jak marzyłam o HARIBO – haribo macht kinder fro .. hahaha. No a teraz dla dzieci to norma. Pozdrawiam serdecznie
Nie wiem, czy tylko ja wyłapałem małą sprzeczność 😉
„Trzydzieści sześć zdjęć stojących ludzi (poza siedzącym zwykle solenizantem lub jubilatem). Właściwie to tata takie zdjęcia robi cały czas, mimo iż teraz ma cyfrówkę, a chyba nawet dwie.”
Widzisz na (prawie) własnym przykładzie, że prawdziwa fotografia nie zanikła. Owszem, dzięki cyfryzacji rozwinęło się bezmyślane pstrykactwo i trudniej jest dzisiaj wyłowić wartościowe dzieło w zalewie chłamu. Ale da się, jako grafik powinieneś o tym wiedziec najlepiej.
Sam jestem z Twojego pokolenia. I też kiedyś wypstrykiwałem setki „foci”. Obecnie od paru lat w ciągu 2 tygodni wakacji ledwie udaje mi się zapełnić w połowie 2-gigową kartę. Z czego zwykle co najmniej 10-20% trafia na odbitki.
A może akurat Twoja córunia za parę lat znudzi się pstrykactwem i naturalnie pójdzie w stronę nauki prawdziwej fotografii?
Czego oczywiście szczerze życzę i pozdrawiam.
ależ to nie ma żadnej sprzeczności. Tym bardziej, że nie napisałem, że prawdziwa fotografia zanikła. Właściwie to nic nie pisałem o takiej fotografii 🙂 Pisałem o pewnym podejściu do robienia zdjęć mając świadomość 36 klatkowej kliszy.
Po tysiąckroć – trafiłeś. Z tego, co napisałeś, wynika, że jestem od Ciebie dokładnie dekadę młodsza – ale właściwie dotyczy nas to samo.
Cyfrowy aparat pojawił się w moim domu dopiero około 2003 roku, odtwarzacz CD (nie taki w komputerze – tu rok 1999, moja komunia) w roku 2001. Wcześniej nie było potrzeby. Do tej pory mam na półce kilkadziesiąt kaset, a tata, kupując w ramach prezentu świątecznego nowy sprzęt grający narzekał, że w tym momencie trudno jest znaleźć odtwarzacz z kieszenią na kasety. A one są i wciąż działają: dużo okołoKazikowych, Iggy Pop, „Blue Valentines” Waitsa… Wyrzuciłabym i kupiła na płytach, albo w empetrzy, ale jakoś tak szkoda wyrzucać muzykę, na której się wychowałam.
Zdjęcia. Problemem nie jest jeszcze „waga” robionych zdjęć, choć faktycznie, teraz praktycznie nie ma ograniczeń co do ilości pstryknięć – kolejna karta kosztuje niewiele, przecież można. Wykształciłam/ rodzice wykształcili we mnie jakieś podstawowe poczucie estetyki i „powagi zdjęcia zrobionego” (jak powaga rzeczy osądzonej, ładnie!). Największym problemem ze zdjęciami i ich cyfrowym formatem jest to, że się ich nie wywołuje. W gabinecie taty zalegają całe sterty albumów, albumików. Rodzina, dzieciństwo, creepy zdjęcia z pogrzebów (tak, za czasów dziadków/pradziadków robiło się grupowe zdjęcia nad trumną), pełna dokumentacja przybierania przeze mnie i moją siostrę na długości, wzroście, porozbijane kolana, ukochane sukienki i spanie w dziwnych pozycjach. Brat urodził się siedem lat temu. Zdjęcia niby są, bo część wywołaliśmy, ale przecież to 1/10 tego, co mamy my. Niepoukładane, luzem, bo jakoś albumów przez ten cały czas nie było kiedy kupić. Zero przyjemności z dopadania w czasie największego bajzlu w domu i przeglądania, zgadywania, kiedy, z kim i dlaczego.
Gazety. Rodzice codziennie wracali z pracy z aktualną prasą. Później już tylko raz w tygodniu, bo był program telewizyjny. Ale ten mamy jako usługę telewizji, nie potrzebujemy. Wersja drukowana gazety? Można przecież wejść na stronę. Coraz częściej trzeba zapłacić, no dobrze, trudno, tam ludzie pracują, muszą mieć na chleb. Od czasu do czasu krótki przegląd makulatury w kawiarni, w oczekiwaniu na wszechświat. Fajne to, ale żeby coś zachować, trzeba wyciąć kawałek, żeby podzielić się ze znajmomymi – przepisać fragment albo zeskanować. Za dużo zachodu. Od gazet się odzwyczaiłam. Prasówka w sieci, portale i stacje informacyjne 24h/doba, to wystarcza. Ale już książki…
No właśnie. Książki. Nie wyobrażam sobie nie-papierowej wersji ulubionej literatury. Dobrą książkę muszę mieć na półce, od małego nie uznaję bibliotek. Ta sama zasada działa w odniesieniu do płyt – musi być, pudełko, kartonik, okładka, książeczka, w książeczce autograf zdobyty po dobrym koncercie. Empetrzy oczywiście, ale po to, żeby nie stracić muzyki, kiedy płyta się zniszczy. A i wtedy pudełko zostaje.
Lubię dotyk, jestem analogowa, nie wyobrażam sobie mieć i nie widzieć, nie czuć, nie zaciąć się od czasu do czasu kartką. No i co niby miałoby świadczyć o tym, że miejsce, w którym mieszkam, jest moje, że to ja i że spróbuj tylko coś ruszyć, a zabiję? Zdjęcia, książki, płyty, kasety, notatki, notesy, kartki, pamiętniki, pocztówki i kiczowate pamiątki znad morza. Znacznie przyjemniej się wspomina, mając w ręku rzecz, a nie jej namiastkę w postaci pamięci masowej.
Heh, choć przyznam Wam, że należę już do pokolenia popeereleowskim (’94 rocznik), to też pamiętam wiele rzeczy, które nowsze pokolenia już nie znają. Na przykład kasety – musiałam być jakąś masochistką, bo jak trzeba było przewinąć kasetę, nie lubiłam używać „pomocy” i zwykle to małym palcem skuteczniej załatwiałam sprawę xD. Albo kasety VHS. Matko Kochana, Pokolenie XXI wieku nie wie, co to kaseta VHS?! Całe dzieciństwo wychowałam się na bajkach i filmach z kaset, nawet do dziś mamy nagrywarkę i mamy z 60 kaset, na których przeciętnie nagraliśmy ok. 5-6 filmów (czasem mniej, czasem więcej). Najważniejsze jednak były nagrane przez brata teledyski, które leciały na MTV/Vivie (kolejna nowość – wtedy leciała na MTV muzyka. Szok :”O). Kiedy nie mieliśmy internetu (a bardzo długo nie mieliśmy), to te teledyski, kasety i płyty były naszymi jedynymi źródłami muzyki. Dziś wystarczy wejść na YT i puścić sobie muzykę, ale mówiąc szczerze, nie przeszkadza mi to – poznałam więcej naprawdę zacnych zespołów i kiedy mam sposobność, staram się kupować ich płyty. Oczywiście nie wszystkich mi się udaje, ale w Polsce nie ma jeszcze tak rozbudowanego rynku.
Co jeszcze… Jak w którymś komentarzu wymienialiście konsole, jak mogliście zapomnieć o Pegazusie?! Przecież to była jedna z zacniejszych konsol i chyba jedna z niewielu, która była podrobiona i świetnie działała. Nie miałam osobiście, ale mój kuzyn na wsi tak, więc kiedy się przyjeżdżało, to punkty obowiązkowe wyjazdu to były lody domowej roboty + krówki i mleczko od niej + zabawa w podchody w lesie + pegazus.
Bym jeszcze trochę się rozpisała, np. o szpanowaniu komórką z klapką (teraz to żadna nowość, że ktoś ma komórkę, bardziej to ja „szpanuję” dosyć starym modelem Nokii, który choć nie ma bajerów, to jednak ma wytrzymałość i dzwoni xD), czy o grze w gumę (ta gra dla dziewczyn? Od kiedy? Chłopaki na podwórku też się świetnie w to bawili), albo najważniejszy punkt „szacunu na dzielni”: komputer w domu (jeszcze pamiętam z podstawówki, jak nie każdy miał komputer. Oczywiście szczytem było mieć jeszcze internet, ale sam komputer już coś świadczył). Tyle rzeczy do pamiętania i naprawdę żal mi pokolenia XXI wieku, bo tyle stracili, weszli w technologię od razu i nie dane im było zaznać tej cudowności w zabawie z szyszką i kawałkiem badyla.
Ps. Czasem na Demotywatorach znajdywałam demoty, w których marudzi się, że „dzieciaki tylko przed kompem, a na podwórku to my siem bawili” itp. Jeśli tak, to niech mi ktoś wyjaśni, czemu mieszkając na pierwszym piętrze, notorycznie obrywamy piłką w okno xD? Komputer komputerem, ale chyba jednak jest nadzieja, że stare podwórko nie umrze śmiercią naturalną.