Zacznijmy od małego eksperymentu. Zamknijcie oczy i spróbujcie sobie przypomnieć osoby, które wywarły na was największy pozytywny wpływ w czasie kiedy byliście w szkole. Takie które was w jakiś sposób zainspirowały, skłoniły do myślenia, zmotywowały do działania. Następnie zastanówcie się nad tym, które przedmioty były przez was lubiane i przypomnijcie sobie nauczyciela prowadzącego te przedmioty. Jestem pewna, że darzyliście sympatią także jego i to miało duży wpływ na wybór tego, a nie innego, ulubionego przedmiotu.
W polskim szkolnictwie zbyt rzadko zwraca się uwagę na rolę relacji międzyludzkich w procesie edukacji. Wychowawcy młodszych dzieci, zwłaszcza tych w fazie nauczania początkowego, w większym lub mniejszym stopniu poświęcają im uwagę i troskę. Dzieje się to niejako naturalnie ze względu na skłonność kilkulatków do okazywania uczuć i ich potrzebę przytulania i rozmawiania z nauczycielem. Im starsze dzieci/młodzież tym gorzej. Czasami mam wrażenie, że w gimnazjum i liceum uczniowie i nauczyciele stoją po przeciwnych stronach barykady w trwającej wiecznie wojnie. Obydwie strony tego układu mówiąc oględnie nie przepadają za sobą, co więcej starają się nawzajem zwalczać. Czy w tym układzie można się skutecznie czegoś nauczyć? Śmiem twierdzić, że nie.Nie uczymy się od osób, których nie lubimy i których nie szanujemy
Jak się przez chwilę nad tym zastanowimy to staje się to oczywistą prawdą. Ten fakt nie oznacza, że dobry nauczyciel ma być kumplem dla naszego dziecka i za wszelką cenę starać się mu przypodobać. Dobry pedagog to taki, który lubi to co robi i lubi ludzi, z którymi pracuje. Szkoła to nie są dla niego jedynie odhaczone jednostki lekcyjne, które musi przeprowadzić w gronie osób, za którymi nie przepada. W Polsce pokutuje jednak mit, że nauczyciel nie jest od tego, żeby dzieci lubić, ale żeby je czegoś nauczyć. Niestety z dotychczasowych badań wynika, że efektywna nauka polega w dużej mierze na więzi pomiędzy uczonym a uczącym. Dlatego lubimy i chętnie uczymy się dziedzin, które prowadzone są przez fajnych nauczycieli.
Zmiana
Kiedy byłam w połowie trzeciej klasy liceum moi rodzice dostali inną pracę i zostałam zmuszona do przeprowadzki oraz zmiany szkoły. Do tej pory uczęszczałam do klasy o profilu matematycznym, zgłębiałam tajniki matematyki i przygotowywałam się do matury z tego przedmiotu. W planach miałam studia informatyczne lub pokrewne, podobnie jak reszta klasy. Bardzo lubiliśmy naszą wychowawczynię, matematyczkę, osobę starszą, dosyć surową i zasadniczą, ale jednocześnie kontaktową i okazującą nam swoją sympatię. W nowej szkole spotkał mnie duży zawód, matematyki uczyła osoba nieprzyjemna, nerwowa i taka, która ewidentnie olewała swoją pracę. Po dwóch miesiącach podjęłam decyzję o zmianie profilu i podjęciu przygotowań do matury z historii. Osoba ucząca tego przedmiotu nie tylko zachęciła mnie do zagłębienia się w przedmaturalne tematy historyczne, ale sprawiła że złapałam bakcyla i sama po lekcjach zaczęłam sięgać po materiały związane z historią. Nauczycielka historii była ciepłą, kontaktową osobą, lubiącą swój zawód i lubiącą uczniów. Na przerwach zostawaliśmy w klasie, by dokończyć dyskusję o oglądanym filmie lub by po prostu pogadać na luźny temat. Zdałam więc maturę z historii, skończyłam stosunki międzynarodowe i polonistykę, a później zrobiłam doktorat z historii. A mogłam być informatykiem 🙂 Podałam ten przykład z mojego życia, aby pokazać wielkość wpływu lubianego nauczyciela na wybory naszych dzieci. W moim przypadku okazał się on ogromny.
Poznać Jasia
Podczas jednego ze szkoleń usłyszałam hasło, które bardzo mi się spodobało i do dzisiaj traktuje je jako swoiste motto:
„żeby nauczyć Jasia matematyki trzeba znać matematykę i trzeba znać Jasia”.
Mam wrażenie, że w naszym szkolnictwie pokutuje tendencja do uczenia po prostu matematyki bez próby poznania i polubienia Jasia. Ja uważam, że każdy uczeń zasługuje na to, aby go poznać i zrozumieć. Nawet ten, którego polubić nam najtrudniej czyli ten który sprawia problemy wychowawcze, który nie okazuje nam szacunku i rozwala nam lekcje. On również może okazać się lubianą przez nas osobą przy bliższym poznaniu, przy rozmowach jeden na jeden, przy podjęciu przez nas próby zrozumienia co tak naprawdę jest przyczyną jego złych zachowań. Czasami wystarczy tylko chcieć podjąć ten wysiłek.
Uczenie się od lubianych sprawdza się także w domu
Czy nasze dzieci lubią z nami spędzać czas? Wiadomo, że nas kochają, ale lubienie to jednak nie to samo. Czy mama jest fajna, czy potrafi się wyluzować i po prostu poturlać się po dywanie, pograć w planszówkę i poopowiadać głupoty? Czasami tak bardzo się nakręcamy w wychowywaniu naszych dzieci, że zapominamy o tym, by po prostu się z nimi dobrze bawić i uwielbiać czas spędzany razem. Jeśli nasze dzieci będą nas lubić to przyjdą do nas nawet jak będą miały naście lat, nawet jak obciachem będzie kumplowanie się z dorosłymi. Będziemy dla nich wzorem i w naturalny sposób będą czerpać z nas przykład.
Dzieci na to zasługują
Każde dziecko zasługuje na to, żeby mieć wokół siebie dorosłych, którzy je lubią i których ono polubiło. Na rodzica i nauczyciela, który będzie zawsze wierzyć, że da sobie radę w każdej sytuacji, na mistrza, który będzie dla niego wzorem do naśladowania. Takim wzorem możemy się stać my, wystarczy tylko, że zaczniemy lubić nasze dzieci i lubić czas, który z nimi spędzamy.
PS. W powyższym temacie bardzo polecam wystąpienie Rity Pierson „Every child needs a champion” (są polskie napisy).
pozdrawiam
Karolina
komentarze