Szklarską Porębę od Harrachova dzieli 14km. Ale poza odległością te dwie lokacje dzieli dużo więcej rzeczy, na niekorzyść dla Polski.
Wczoraj wróciłem z Harrachova. Rok wcześniej byliśmy w Szpindlerowym Młynie, a jeszcze wcześniej i w międzyczasie bywaliśmy w Szklarskiej Porębie czy Karpaczu. Wszystkie te miejsca leżą mniej więcej w jednym, niewielkim rejonie. Absolutnie nie chcę się kreować na eksperta, ale jakieś porównanie mam. Porównanie to nie wypada zbyt patriotycznie. W zasadzie jedynym plusem spędzenia urlopu po polskiej stronie jest fakt, że kelnerzy mówią po polsku. To jednak za mało. Ale po kolei.
Nie chcę tu popaść w jakąś gloryfikację Czech, bo to nie o to chodzi. Zresztą to też nie jest tak, że to raj na ziemi. Chodzi mi o to, że wystarczy pojechać kawałeczek dalej, żeby znaleźć się w miejscu gdzie jest taniej, ciszej, czyściej, spokojniej, itp.
Taniej
Kwestia finansowa ma znaczenie, a w Czechach jest po prostu taniej. Nie jakoś strasznie, ale jednak. Dodatkowo nie ma się tu wrażenia zdzierania kasy przy każdej, nawet najmniejszej okazji. W schroniskach po polskiej stronie ceny są absurdalne. Po czeskiej, tylko nieco wyższe niż u stóp góry. U naszych sąsiadów raczej nie doświadczysz tego, że kupujesz bilet na wyciąg, który składa się z dwóch części, ale żeby dojść na drugą część (za którą już zapłaciłeś) musisz przejść przez bramkę parku narodowego i tam dodatkowo zapłacić. No jakoś to wszystko tak rozsądniej jest zrobione, ma się wrażenie, że uczciwiej.
Ciszej
O Boże, tak! W całym Harrachovie chyba z żadnego miejsca nie dobiegała dudniąca muzyka. Podobnie było w Szpindlerowym. W knajpkach delikatnie mamrocząca gdzieś w tle. Po polskiej stronie muza nawala z każdego stoiska, z każdego ogródka, to wszystko tworzy kakofonię i nieprzyjemny zgiełk. Nienawidzę takiego jazgotu. To tak jakby po polskiej stronie ludzie bez dudniącego basu zapominali jak mają oddychać…
Czyściej
Tak po prostu, jest czyściej i te miasteczka są bardziej zadbane, trawniki przycięte, itp.
Ładniej
Góry są ładne po obu stronach granicy, ale same miasteczka (te turystyczne) po czeskiej stronie są bardziej zadbane, bardziej uporządkowane, tak trochę po niemiecku. Nie ma tylu nachalnych reklam, sypiących się tynków i powciskanych wszędzie budynków i straganów.
Spokojniej
Po tygodniu w Harrachovie pojechaliśmy na popołudnie do Szklarskiej i to zderzenie było przykre. Samochody, tiry, ludzie, to wszystko się kłębi razem w ścisku i w hałasie. Wiecie, jakbym chciał ścisku to bym pojechał w sobotę do Ikei, ale na urlopie to jednak chciałbym odpocząć. Główna część Harrachova jest boczną uliczką od ruchliwej drogi, więc tam nie ma takiego ruchu jak w Szklarskiej. Szpindlerowy Młyn już w ogóle jest na końcu drogi, więc ruchu nie ma tam prawie wcale. Samochody samochodami, ale też ludzie zachowuję się tu nieco lepiej. Nie wiem, być może otoczenie tak wpływa, być może inni turyści? W każdym razie jest tu dużo spokojniej.
Gdy następnym razem będziemy jechać w tę okolicę, to na pewno zdecydujemy się na Czechy, choć wolałbym moje pieniądze zostawić rodakom.

Jeśli się wahasz to zachęcam żeby spróbować te kilkanaście kilkometrów dalej i samemu sprawdzić. W okolicy jest też sporo fajnych atrakcji, typu spacer w koronach drzew, czy iqladnia i aquapark w pobliskim Liberecu. Można też się przejechać do Pragi, ale Prafa w sezonie, to masakra. Piękne miasto, ale ilość turystów przekracza wszelkie wyobrażenie.
Czy Czechy to raj?
W żadnym wypadku. Wymieniłem wyżej nieco zalet – zalet, które wg mnie przechylają szalę na korzyść Czech. Jednak nie mogę pominąć czeskich wad, a kilka ich jest.
- Język: prawie nikt nie mówi po polsku – a Polaków jest naprawdę sporo. Oni chyba polski rozumieją, ale my czeskiego już nie. Problem polega też na tym, że mało kto tam również mówi po angielsku. Czasem więc z komunikacją bywa ciężko. No chyba, że mówicie po niemiecku. Ja nie mówię.
- Jedzenie: fajnie zjeść coś czeskiego, ale to raz, dwa razy. Ich kuchnia jest dość monotonna i ciężka. Z warzyw to najczęściej kapusta. Oczywiście są fajne knajpki gdzie bardzo smacznie karmią, ale po tygodniu ma się tego naprawdę dość. A kuchnia w większych hotelach bywa straszna.
- Zaniedbanie: nie wiem jak to lepiej określić, ale poza ośrodkami turystycznymi inne miejscowości są jakieś takie zapuszczone. Niekiedy ma się wrażenie, że jesteśmy znowu w latach 90tych.
Podsumowując
Kilka zalet i kilka wad. Według mnie zalety zdecydowanie przewyższają wady i Czechy są bardzo fajną opcją na urlop. Oczywiście ciszę i spokój można znaleźć też po polskiej stronie, ale ja nie pisałem o jakichś odosobnionych gospodarstwach, tylko o miasteczkach. Zresztą ja nie przepadam za agroturystyką, bo to tak jakbym był u kogoś w domu (bo tak jest), a ja tego nie lubię, nie czuję się komfortowo. No i w miasteczku lepiej nam z dzieciakami. Nie jesteśmy taternikami, a tym bardziej teraz z miesięcznym maluchem. Więc raczej spacerki i doliny. Tak więc zupełnie subiektywnie polecam Harrachov, a zwłaszcza Szpindlerowy Młyn.
A! Mówię tylko o sezonie letnim.
Dajcie znać jak wasze odczucia. Byliście tu i tu? Macie porównanie? Może macie inne zdanie?
Pozdrawiam
Zuch
- „Zgrana Paczka” – gra na warsztaty - 20/04/2026
- Scrabble – ta klasyka się nie starzeje - 30/03/2026
- AI w szkole niszczy samodzielne myślenie uczniów - 02/03/2026
Bywałam tu i tam, ale obserwacje mam nieco inne – głównie dlatego że raczej jestem piechurem, chodzę po małych miejscowościach, nie śpię w hotelach i nie odżywiam się zbyt drogo – taki typowy student. Czechy, jak i Słowacja, wydają się bardzo zabiedzone i zwyczajnie bez pomysłu na życie. Jakby im się nic nie chciało. Trafiałam nawet na sklepy, z których właściciela po prostu wyszli i nie dało się ich dowołać – kiedyś w końcu się zirytowałam, wzięłam co potrzeba, zostawiłam odliczone pieniądze i poszłam 😛 Podobnie z zabytkami i oznaczaniem ich. Polacy chociaż starają się zarobić na wszystkim, są przedsiębiorczy. Za to z językiem nigdy nie miałam problemów – może tylko w czeskich bunkrach nikt nie umiał po polsku, ale akurat mój tata jest fanem bunkrów i spokojnie rozmawia o nich po czesku 😀 Ludzie w miejscowościach przygranicznych przeważnie łapali łamaną polszczyznę i łamaną niemczyznę, którą ja się posługuję.
Ale Tatry – tylko po stronie słowackiej. Piękne, spokojne, bez turystów.
no z perspektywy piechura, to pewnie zupełnie inaczej wygląda. Muszę się zdać na twoja opinię, bo sam piechurem nie jestem więc nic na ten temat nie wiem.
Ostatnio byliśmy z żoną na jeden dzień w Ostrawie i mieliśmy trochę podobne wrażenia, ale nie wszystkie. W knajpie nie było problemu, żeby dogadać się po polsku. Kelnerka nawet sama wolało po polsku niż po angielsku. Byliśmy na wycieczce w Witkowicach i tam też dwójka czechów z obsługi bardzo dobrze mówiła po polsku.
Co do cen to było podobnie jak u nas.
Z minusów to nawigacja googlowa radziła sobie tam gorzej niż w PL 🙂
hmm, z googlową mapą nie miałem żadnych problemów, a z kolei po polsku mówiła chyba tylko jedna osoba – dziewczyna przy takich trampolinach. Cała reszta nawijała do mnie po czesku.
Z tym polskim, może dlatego że trochę Polaków studiuje w Ostrawie.
Karpacz i Szklarska w sezonie to ogromne przeludnienie. O wiele lepiej jest poza sezonem. Jakuszyce są spokojniejsze i o wiele łatwiejsze znajdziemy tam ścieżki rowerowe. A Czesi mają dobre piwko 🙂
A najlepiej jak się jedzie przez Słowację, poza dużymi miastami i częścią turystyczną to w ogóle jedziesz przez krajobrz jak z lat 70
Jak zwykle wszystko zależy od odwiedzanych miejsc.
Karpacz jest strasznie tandetny i powinien być omijany za wszelką cenę, Szklarska zaś jest bardzo fajnym punktem początkowym na wycieczki górskie z uwagi na dobrze położoną stację PKP ale i spokojne miejsce do zamieszkania też się znajdzie.
Na wyjazd z rodziną w te okolice najlepszy jest chyba Świeradów Zdrój – miasteczko jest przygotowane w znacznej mierze pod turystów z Niemiec, więc jest spokojnie, cicho, czysto, ładnie i zielono a jedzenie jest dobre. W dodatku, samo centrum jest z dala od drogi a blisko szlaków.
Możesz też sprawdzić Jagniątków bądź Michałowice. Z tego co pamiętam, jest tam dużo spokojniej.
Swojego czasu, w kwietniu, poszedłem do Harrachova przez góry i knajpy były pozamykane – musiałem więc wrócić do Polski żeby zjeść coś ciepłego. Kiedy indziej w czeskim schronisku zszedłem do jadalni na kolację po 19 i okazało się, że już zamknięte (ale Kofolę dostałem). Pani akurat coś mówiła, że zamykają, ale zrozumiałem, że o 9 a nie o 19 – ach ten czeski 😉
W polskich Górach Izerskich polecam Schronisko na Stogu Izerskim – w tygodniu pieką ciasto jagodowe, na weekendy smażą pączki (przepyszne, z różą, jeszcze gorące i parujące 🙂 ) i ogromne naleśniki z jagodami w Chatce Górzystów (ale tam akurat najlepiej być poza weekendem).
Co do prawie powszechnie chwalonego czeskiego piwa, to w prawie każdym polskim schronisku znajdzie się czeskie piwo, a w czeskich nie widywałem piwa rzemieślniczego, które można znaleźć w polskich schroniskach. Przy okazji, polecam poczytać składy piw czeskich, zwłaszcza ciemnych – są tam naprawdę dziwne rzeczy 😉
Szlaki górskie w Polsce są ciekawsze, bo Czesi bardziej stawiają na turystykę narciarską i rowerową bardziej niż na pieszą, więc u nich częściej można znaleźć szlaki prowadzone nudnymi szerokimi drogami leśnymi, nierzadko wyasfaltowanymi i omijającymi szczyty. Akurat Góry Izerskie są wyjątkiem, bo szlaki po polskiej i po czeskiej stronie wyglądają identycznie – typowo pod biegówki i rowery. Przy okazji, polecam biegówki w Jakuszycach.
Co do pobierania opłaty w połowie wyciągu, to wystarczy żebyś popatrzył na mapę gdzie przebiega granica Parku Narodowego 😉 Otóż dokładnie tam, gdzie jest stacja pośrednia wyciągu, więc jest to zdecydowanie najlepsze miejsce do pobrania opłaty za wstęp. Inną sprawą jest to, że czeski KRNAP nie pobiera chyba żadnych opłat za wstęp na teren ich Karkonoskiego Parku w przeciwieństwie do polskiego KNP.
Dużo większa różnica jest między Tatrami Słowackimi i Polskimi, zwłaszcza między Vysokimi Tatrami a Zakopanem, ale to temat na osobną historię 🙂
Piękne miejsce na weekendowy wypad.