Na przestrzeni ostatnich kilku, kilkunastu lat miała miejsce ogromna zmiana w podejściu do wychowywania dzieci. Nie była to zmiana gwałtowna. Była na tyle powolna i nieinwazyjna, że ogromna część osób jej nawet nie zauważyła. Jednak zmiana zaszła. Zmieniło się nasze podejście do dzieci, do ich dzieciństwa, do odpowiedzialności. Krótko mówiąc, do nauki życia.
Jeśli jeszcze nie wiecie o czym mówię, to zróbcie krótki test: przypomnijcie sobie swoje dzieciństwo. Nie całe, ale konkretne sytuacje. Czy wychodziliście sami na dwór? Czy chodziliście sami do sklepu? Jak załatwialiście między sobą sprawy? W co się bawiliście? Czym się bawiliście? Ile razy zrobiliście sobie krzywdę?
Noże, scyzoryki, Rambo
Otóż to. Kiedy jakiś czas temu rozmawiałem z moimi braćmi wspominając dzieciństwo, przypominaliśmy sobie ulubione zabawy. Jedną z nich była zabawa nożem. Scyzorykiem, kuchennym, to nie miało większego znaczenia. Graliśmy w „grzybka” albo w takie jakieś „państwa-miasta” (nie mogliśmy sobie przypomnieć nazwy). Były to zupełnie pospolite zabawy dzieci w mojej okolicy. Mieliśmy po 7-8 lat (jestem rocznik 1982) i jakoś nikogo to nie dziwiło, że bawimy się nożami na trawniku pod blokiem. Nie wyobrażam sobie, żeby dziś u mnie na osiedlu dzieci bawiły się nożami. Czy przez te dwadzieścia lat dzieci stały się głupsze? Chyba nie. No, może bardziej agresywne, a na pewno o wiele mniej odpowiedzialne.
Zostając jeszcze przez chwilę przy temacie noża, to pamiętam, że jako dzieciak dostałem od dziadka piękny, szwajcarski scyzoryk. Pamiętam też, że był to zupełnie normalny prezent. A jak mój brat Marcin miał z 9 lat, to za swoje oszczędności kupił sobie jakąś podróbę noża Rambo. To może nie jest do końca normalne, ale też nie było bulwersujące. Nadmienię tylko, że nie wychowałem się w patologii, a moi rodzice byli jednymi z bardziej zachowawczych rodziców na osiedlu.
Pamiętam też, że sami wychodziliśmy na dwór. Mieliśmy jakieś tam granice, za które chodzić nie mogliśmy, ale generalnie był luz. Dziś widzę, że spora część ludzi boi się nawet puścić dzieciaka do osiedlowego sklepu.
Odpowiedzialność
Współcześni rodzice starają się wyręczyć swoje dzieci we wszystkim. Inwestują w masę zajęć pozalekcyjnych olewając najważniejszą naukę – odpowiedzialność. Syndrom spuszczenia ze smyczy jest dziś silniejszy niż kiedykolwiek. Tak bardzo boimy się o swoje dzieci, że robimy z nich kaleki emocjonalne.
„W obawie, by śmierć nie wydarła dziecka, wydzieramy dziecko życiu; nie chcąc, by umarło, nie pozwalamy żyć.”
Janusz Korczak.
Bo tak naprawdę dzieci od nas, dorosłych różnią się tylko brakiem doświadczenia. Od wieków, to właśnie rodzice dbali o to, żeby dziecko tego doświadczenia nabrało, zanim „pójdzie w świat”. Nie możemy zabronić dziecku zrobić sobie krzywdę. Możemy nauczyć je jak tego unikać, ale nie unikać za niego. Takiego doświadczenia najlepiej nabierać za młodu.
Ogień parzy, nóż tnie, a od strzału w gębę świat się nie zawali. To my – rodzice, ojcowie – mamy wyposażyć dzieci, tak żeby świat ich nie zjadł. A pamiętać musimy, że niezależnie od naszych chęci, świat będzie próbował to robić.
Taki mały apel na koniec: nie odwalajmy życia za nasze dzieci:
Pozwólmy im żyć. Będąc PRZY nich, a nie ZA nich.
pozdrawiam
Zuch
foto w nagłówku zrobił mi – Piotr Fajfer
Post Scriptum
Szczerze i gorąco zachęcam do obejrzenia tego krótkiego wykładu Gevera Tulley’ego (są polskie napisy) – „5 niebezpiecznych zabaw dla dzieci”. Wykład jest naprawdę rewelacyjny. Otwiera oczy na kilka rzeczy. Pokazuje gdzie zabrnął zachód (a my go w tej głupocie gonimy). Podaje też ciekawe rozwiązania. Gaver Tulley jest autorem książki 50 Dangerous Things (You Should Let Your Children Do), której niestety nie ma w wersji polskiej.
- „Zgrana Paczka” – gra na warsztaty - 20/04/2026
- Scrabble – ta klasyka się nie starzeje - 30/03/2026
- AI w szkole niszczy samodzielne myślenie uczniów - 02/03/2026
99% racji – dlaczego brakuje tego 1%? Otóż obecny świat wydaje się trochę bardziej groźny dla małego dzieciaka niż kiedyś – jakoś nie przypominam sobie aż tylu incydentów dotyczących porwań/ataków pedofilii etc. no ale też nie przesadzajmy w 2gą stronę – ogólnie dobrze wszystko napisane Zuchu 😉
no właśnie nie jestem pewien (bo po prostu nie wiem, nie mam danych), czy teraz jest więcej zagrożeń, czy więcej o nich mówią media. A medialna propaganda strachu jest akurat faktem.
Nie wiem czy jest tego więcej, czy też więcej się o tym mówi i tym samym rośnie świadomość. Ja jako dzieciak też miałam niestety okazję spotkać na swojej drodze pedofila. Nigdy w życiu tak szybko nie biegałam, najadłam się strachu, ale na szczęście nic się nie stało. Ale nikomu nie powiedziałam, bo się wstydziłam. Stałam się czujniejsza i tyle. Dzieci trzeba uczyć reagować, ostrzegać, a nie trzymać je pod kloszem.
Dobry artykuł! Zagrożeń jest pewnie tyle samo. Ludzi jest więcej, to może ilościowo jest więcej takich przykrych zdarzeń. Inna rzecz że to media pasą się na ludzkiej tragedii.
Zastraszonym społeczeństwem łatwiej manipulować.
Ja również uważam, że za ten 1% mimo wszystko odpowiadają czasy, w jakich żyjemy. I nie chodzi tu o zagrożenia stare jak świat, ale te nowe, które nowy świat kreuje.
Ja jako dzieciak (rocznik 1979), mieszkając w ścisłym centrum Bydgoszczy, grałem z kolegami w piłkę nożną na ulicy przed domem. Rzecz dziś nie do pomyślenia. Dlaczego? Ponieważ w tamtych czasach naszą ulicą przetoczył się z wielkim hałasem samochód raz na kilka godzin. I to, że dziś nie pozwalam swoim dzieciom bawić się piłką na ulicy, nie świadczy bynajmniej o robieniu z nich kalek, lecz o przystosowaniu się do nowych warunków życiowych 😉 To samo można powiedzieć o wielu innych aspektach życia. Ot choćby, nie było dopalaczy czy innych świństw. Owszem, byli amatorzy butaprenu, ale to była patologia.
Wszystko fajne, ale czasy się zmieniły. Na moim rodzinnym osiedlu znałem wszystkich z ulicy (kilkanaście bloków), a teraz mało kto się zna w klatce (może to efekt migracji do dużej aglomeracji, ale czy jestem w tym wyobcowany?). Ruch na ulicy i porąby za kierownicą, dragi czy dopalacze… Nie wiem. Wierzę w ludzi, ale sami sobie tworzymy klatki, a co dopiero naszym dzieciom.
oj, pan pokazujący klejnoty na podwórku też raz się pojawił, ale bawiłam się ze starszą koleżanką, która wiedziała o co chodzi i nie tłumacząc mi wiele spakowała nasz rzeczy i tylko zawinęła nas szybko do domu, już tego dnia nie wyszłyśmy na dwór, strach był, bardziej podświadomy, ale jednak…
A wiecie, że własnie zawijając sie w strachu przed ekshibicjonistą dałyście sie strolować (troling-łapanie na przynętę)
Ekshi własnie tego od was chciał i właśnie to zrobiłyście. Nie reagowac wcale lub parsknąc śmiechem na jego widok. I wtedy na bank to on zwija się w zmieszaniu.
Wydaje mi się, że zagrożeń nie ma wiele więcej, po prostu media kreują jakąś psychozę. Na każdym kroku pedofil i morderca.
Inna sprawa, że jak ja 20 lat temu wychodziłam na dwór to przed blokiem siedziała cała zgraja plotkujących sąsiadek, które chciał nie chciał zawsze były pewna formą kontroli nad dzieciakami (uważaj, bo stara Elka powie Twojej mamie) i mimo wszystko zapewniały bezpieczeństwo. Teraz nawet ławek nie ma na podwórku.
Poza tym jak sąsiadka z laską przyłożyła krnąbrnemu bachorowi to jeszcze od matki dostał, że wstydu narobił. A teraz? Zwróci się dzieciakowi uwagę, to jeszcze można kosę zarobić pod żebra. Oczywiście mówię o sytuacjach skrajnych, ale czasu się niestety zmieniły.
Myślę, że za moich czasów (rocznik 1983) było mniej bezpiecznie. Grasowały bandy podrostków które czasem nie bały się sporo starszego zaczepić by próbować obrabować. Teraz jest tego mniej. Jednak media żerują coraz bardziej na negatywnych zdarzeniach. Rodzice oglądają TV i się boją. (P.S. Ja nie mam TV od dawna – obecnie same negatywne emocje i głupota się wylewa, nawet na Discovery jest mniej ciekawych programów niż dawniej)
Jest więcej zagrożeń. Głownie na ulicach. Samochodów jest bez porównania więcej niż za mojego dzieciństwa i nie raz zdarzyło mi się, że mało co nie potrącił mnie jakiś jak szłam chodnikiem. Na plac zabaw Dzieć ma dosłownie dwa kroki, ale te dwa kroki prowadzą przez ulicę będącą zjazdem z dość ruchliwej ulicy na parking. Fakt, sama jak miałam 2-3 lata nie chodziłam na plac zabaw, to i dzieci nie puszczam ale nie wiem, w jakim wieku puszczę. Druga sprawa to gry komputerowe – jeśli dzieć gra w gry wojenne dość namiętnie i wie, że raz zabitego bohatera można nie raz wskrzesić, to może mu lepiej noża nie dawać w prezencie. Czyli swoboda tak – po warunkiem, że będziemy mieć pewność, że dzieć jest świadomy jakie skutki może mieć dane postępowanie.
Kiedyś telewizja była stricte reżimowa, i nie na rękę było informowanie o przestępstwach. Nie było gonienia sensacji. Siłą rzeczy, mniej się o tym wszystkim słyszało. Z drugiej strony dziadek który lubił poprzytulać dzieci na podwórku był dziadkiem, a nie eeeeeek pedofilem dzwońcie po policję – troszkę inny był tego odbiór.
…Wszędzie totalna inwigilacja, kamery, telefony, internet a mimo to też tak samo czuje – świat jest bardziej niebezpieczny. Prawo broni bardziej przestępców, przed adekwatnym wyrokiem do czynu niż poszkodowanych…a kiedyś… kiedyś ojciec, brat, starsi z podwórka wymierzali sprawiedliwość wg kodeksu podwórkowego.
Szczerze zachęcam do przeczytania „Trujące owoce trzeciej filozofii podejrzeń (O szkodliwym wpływie psychoanalizy na kulturę współczesną)”. http://sceptycy.org/?page_id=159
proponuję zobaczyć 😉
Ofcapl, z całym szacunkiem – nie sądzę, żeby obecny świat był dużo groźniejszy…
Sądzę, że za naszej młodości (jestem rocznik ’67) było mniej informacji o „porwaniach/atakach, pedofilii”.
mój Ojciec był wtedy milicjantem i od niego wiem, że takie rzeczy się zdarzały i to wcale nie tak rzadko jak nam się wydaje.
Natomiast obecnie świat jest bardziej wyczulony na bezpieczeństwo dziecka niż był – więc nawet jeżeli przyjąć, że rację masz Ty a nie ja, to się jakoś tam równoważy.
ja popieram Zucha w 100%
Świat jest bardziej brutalny niż kiedyś. Szczegółnie nastolatki, którzy uwielbiają pastwić się nad młodszymi. To zmora dzisiejszych czasów. Jako dziewczynka spotkałam na swojej drodze zboczków pokazujących swoje „wdzieki”, ale jak się wydarłam „Zboczeniec!” to całe podwórko goniło go przez osiedle. Znało się wszystkich sąsiadów. Sąsiedzi, którzy wychodzili na ławkę pilnowali cudzych dzieci. Teraz jest znieczulica. Nie moje, nie moja sprawa:(
A nastolatki znęcające się nad młodszymi to ja pamiętam z młodych lat, więc to może nie tyle kwestia czasów, co nastolatek na jakie się trafi. Ale fakt – dzisiejsze znęcanie się może być bardziej dotkliwe – wystarczy puścić filmik czy zdjęcia do sieci i taki dzieć nie ma się gdzie schować. Tylko jak przed tym chronić dzieci? Się nie da, bo przecież w domu nie zamknę.
Szczera prawda,sami sobie robimy klatki. Zamykamy sie w domu i nawet sąsiada potrafimy nie znać. Ja kiedys latałam całymi dniami po podwórku, godziny wiszenia na trzepaku,grania w gumę i jazda na rowerze. A dziś dzieci chyba żadko to robią. Widze po moich dzieciach. Czasy sa inne i inaczej wychowuje sie dzieci.
„– jakoś nie przypominam sobie aż tylu incydentów dotyczących porwań/ataków pedofilii etc”
Nie słyszeliśmy o tym dlatego że media tego nie rozpowszechniały tak jak w tych czasach jest.
Zgadza się, kiedyś nie było to prawie zupełnie nagłaśniane i jako dzieci nie mieliśmy świadomości, że to jest przestępstwo.
Ja osobiście (40+) spotkałam się z tym – kiedyś zaczął mnie obmacywać ojciec koleżanki – uciekłam, nigdy już nie weszłam do jej domu i nikomu o tym nie opowiedziałam. Nie wiem co działo się u niej za zamkniętymi drzwiami (tzw porządna rodzina o wysokim jak na tamte czasy statusie społecznym), wiem tylko że dwoje jej braci zostało alkoholikami, ona w liceum zaszła w ciążę (na szczęście z fajnym i odpowiedzialnym chłopakiem).
Kilkakrotnie też miałam do czynienia z ekshibicjonistami. W dużych miastach swego czasu był to chyba spory problem.
Kiedyś dzieci całymi dniami bywały na dworze nikt je nie zaczepiał ,pamiętam jak siedzieliśmy do 22 w lecie mama nie mogła nas zaciągnąć do domu a nam było mało dnia dziś ja mam swoje dzieci i nigdy w życiu nie puściła bym je na swoje podwórko żul ,żulem pogania straszą dzieci ,zboczeńców ,pedofilii pełno wcześniej się bali po prostu i dlatego nie było takich przypadków jak są teraz .Pamiętam przypadek iż dziewczyna wystarczyło iż tylko oskarżyła iż zgwałcił ja choć sama chciała chłopacy dostali po 12 lat a teraz śmiech na sali
Cóż, gdy Trynkiewicz napastował a potem zamordował chłopców nie mówiło się o „pedofilii”, tylko np. o „satanizmie”, bo takie rzeczy w głowach się nie mieściły. Było na nie „tabu”, stanowiące zarazem doskonałe alibi dla zboczków – jak kiedyś „wujek” czy inny ksiądz obłapiał małe dziewczynki, to wszyscy mówili, że po prostu „serdeczny on jest dla dzieci” itp. Była znieczulica innego typu niż dziś. (A dziś, fakt, jest „przeczulica” i nawet niewinny uśmiech do dziecka budzi najgorsze podejrzenia). Jak zauważa tu wiele osób – czasy się zmieniły, i nie ma sensu porównywać. A dzieci i tak nabiorą doświadczenia, odpowiedniego do TYCH czasów, spokojnie! Zawsze go nabierały, a dorośli zawsze wydziwiali, że młodzi są „źle wychowywani” i co też z nich wyrośnie. Takie obawy odkryto już na tabliczkach z pismem klinowym, najstarszych zapisach ludzkości… 😉
widzę, że nie wiele masz do czynienia z dzisiejszymi dzieciakami i młodzieżą…
Paradoksalnie.. świat jest bezpieczniejszy teraz niż kiedykolwiek! już nie wspominając o tym wszystkim o czym mówi facet na filmie. Wyobraź sobie, że samochody i ludzie poruszają się jedną drogą tak jak kiedyś powozy konne… nie mieli świateł ani pasów… a to tylko jeden z przykładów
Wszystkie statystyki potwierdzają, że spada przestępczość generalnie. W porównaniu z poprzednimi wiekami to już w ogóle ogromny postęp.
Proszę się nie opierać na „wydaje się” tylko sprawdzać dane.
Nasze media o tym nie pisały, bo takie rzeczy to „tylko na zgniłym zachodzie”. Niemniej jednak takie rzeczy się zdarzały a było nawet gorzej. Na przykład w 1953 roku zamordowano 75 dzieci, w 2013 już tylko 29.
Moim zdaniem to wszystko co jest teraz to było już zawsze, tyle że teraz każdy temat „rozdmuchują” media. Kiedyś dzieciaki nie oglądały tyle telewizji i przede wszystkim nie było internetu! Kiedyś wszystkie brudy były zamiatane pod dywan. Jak dziecko złamało w szkole rękę to rodzice nie skarżyli się na nauczycieli, że źle pilnują tylko twierdzili „gdyby kózka nie skakała….”. Teraz szukają winnych tam gdzie ich nie ma.
wydaje mi się, że po prostu więcej się mówi o tego typu „incydentach”, jest więcej ostrzeżeń i to nas straszy. Kiedyś media nie nagłaśniały pewnych spraw dlatego wydaje się, że było ich znacznie mniej.
Sama prawda, do tego społeczeństwo jest wciąż ogłupiane…
pozdrawiam 🙂
Ja też 99% racji. 1% oddaję na rzecz kasków rowerowych, fotelików samochodowych i odblasków. Filmik mega, książką się zainteresuję. Dobry tekst.
Świetne spostrzeżenie. Ja też (wczesne lata 90) robiłem na podwórku różne dziwne rzeczy – ganianie się z patykami po betonowych „konstrukcjach na placu zabawy” oczywiście zawarte w program – i jakoś dożyłem do podstawówki 🙂
Tez to widzę na każdym kroku. Kiedyś był zasady, granice, do których mogłam się swobodnie po okolicy poruszać i było ok. Po szkole bawiłam się z kolegami na złomowcu i jakoś wszyscy przeżyli takie ryzyko 😉 A teraz moja koleżanka z pracy bierze 2 tygodnie wolnego, bo jej syn lat 10 nie może zostać sam w domu i musi mu atrakcje zapewniać. Z drugiej strony fajnie, że razem ciekawie spędzą czas, ale jakby nawet został w domu sam na 8 h to by mu się nic nie stało. Ale on nigdy tak nie zostaje, bo nie można przecież 10latka zostawić samego.
Szczytem tego jest moja obserwacja z pracy. Pracuję w bibliotece. Maturzyści i część studentów to kompletnie nieporadne istoty. Rodzicom i dziadkom bardziej zależy na maturze niż im. To rodzice przychodzą, zbierają materiały, kserują. Często sami, a jeżeli owy maturzysta zaszczyci nasze progi swoją obecnością to rodzić się dwoi i troi a młody siedzi znudzony z nosem w iphonie i ma wszystko gdzieś.
Trzeba dzieciaki do harcerstwa wysyłać i tyle 🙂
Dokładnie to samo miałam napisać 🙂
za rok, młody idzie do Rangersów.
Mój idzie do NAVY SEALS.
Któraś z psycholożek powiedziała, że dzisiejsi rodzice za wszelką cenę starają się dziecku zapełnić czas – żeby przypadkiem się nie nudziło. A właśnie o to chodzi, żeby się nudziło, bo wtedy musi włączyć swoją kreatywność i samemu zapełnić swój czas. Czasem ta kreatywność zapędzi dziecko w niebezpieczne rejony, ale od tego jest rodzic, żeby to kontrolować (kontrolować, czyli przyglądać się i zareagować w momencie, kiedy dziecko wymyśli coś niebezpiecznego, a nie wtedy, kiedy rodzic zorientuje się, że ta zabawa MOŻE prowadzić do czegoś niebezpiecznego – bo MOŻE to jest szerokie i głębokie)
Kiedyś, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, mój sąsiad wymyślił coś niebezpiecznego. Spłonęła ogromna słomiana szczerta i płot. W niebezpieczeństwie były dwie stodoły pełne słomy, inne budynki gospodarcze i dwa domy mieszkalne. Strażacy dali radę. Na szczęście nic się nie stało. Nic się nie stało bo to był dzień ludzie byli w domu i na czas wezwali straż i sami się rzucili do gaszenia. Czemu o tym wszystkim piszę? Bo mnie skręca jak czytam bzdury o tym, że rodzic ma jednocześnie puszczać dziecko zupełnie samopas i je kontrolować by móc zareagować. W tym, jak i w wielu innych wypadkach rodzice nie mieli szans zareagować w porę gdy dziecko wymyśliło coś głupiego. Podobnie jak rodzice mojego kolegi, który uruchomił ciągnik a następnie wpadł pod koła. Nie będę opisywać ze szczegółami jak się to skończyło. Nie jestem za trzymaniem dzieci pod kloszem, za wyręczaniem ich we wszystkim i tak dalej. Ale nie znoszę jak się pisze, że w czasach naszego dzieciństwa to dzieci chodziły samopas i nic im się nie działo. Działo się. Naprawdę. Wpadały pod samochody, właziły do maszyn rolniczych, łamały sobie ręce skacząc po budowach albo nadziewały się na żelastwa, wąchały klej, piły makowy kompot. I tak dalej i tak dalej. Gwałciciele i pedofile też wtedy byli. To co się teraz zmieniło to większa świadomość rodziców, która czasem rzeczywiście przybiera formy paranoi, ale też większa agresja wśród samej młodzieży i dodatkowe zagrożenia których wcześniej nie było albo występowały w mniejszym stopniu.
Zuchu, PEŁNA zgoda. Mam czterolatka i dwulatkę. Kiedy pozwalam im biegać po murkach zamiast po wyłożonym gumą placu zabaw inni rodzice (głównie mamy) patrzą na mnie jak na – nie przymierzając – Magdalenę W.
Dbam o dzieci, wożę je w fotelikach, zakładam kask na rower i asekuruję, gdy wchodzą na drabinę ale filozofia Korczaka jest mi bliska jak żadna inna.
Czuwaj! 🙂
Swego czasu u siebie wspominałem zabawy swojej młodości (a były to lata ’85-’88. Jedną z najpopularniejszych bier były „pikuty”, gdzie nóż grał główną rolę. Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem dzieckiaki grające w tą grę. Gorzej- nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem dzieciaki starsz niż 5-7 lat w piaskownicy.
A ileż tam można było rzecy robić… „Wulkany” z saletry. Działo się 😉
Jako dziecko chodziłam do sklepu, nie przechodziłam przez żadną ulicę
Prędko mojego syna samego do sklepu nie puszę nie dlatego że nie umiałby zrobić zakupów, ale dlatego że by musiał przejść przez maleńką osiedlową uliczkę. Pasy sa tam gdzie jest skręt do dwóch osiedli i wejście do sklepu. Samochody parkują na pasach inne usiłują wjechać na osiedle inne wyjechać, dostawcze samochody czekają na swoją kolej by dojechać na zaplecze sklepu. Parkowanie na pasach to norma, wymuszanie pierwszeństwa to norma. Czas ma dorosła boję sie przechodzić przez ulice.
Kiedyś nie było tylu samochodów, tylu kierowców którzy łamali przepisy.
Przez to samo przejście dziecko to cześć kolegów będzie musiało przejść…….
Pamiętajmy czasy się zmieniły.
Kiedyś jako 7 latka sama jechałam 50 km pociągiem i nikt sie nie dziwił, takie samo dziecko w autobusie to też nie było nic dziwnego. Teraz by się skończyło oskarżeniem rodziców o narażenie dziecka na niebezpieczeństwo.
Dziecko musi przejść przez małą osiedlową uliczkę :O weź trochę wyluzuj, chyba że twój syn ma 3 lata.
Michał, zgadzam się. Masakra. Może warto po prostu dziecko nauczyć rozglądania się na pasach?
Nie zapomnijcie ze 25 lat temu na podwórku widzialem 2 samochody na godzine, 40 km na godzine max. Teraz – mam malego syna, a na osiedlu gowniarze w bmw urządzaja wyscigi, motorow tez nie brakuje. nie mozna udawac ze czasy sie nie zmienily
nikt nie udaje, że czasy się nie zmieniły. Ale też nie przesadzajmy. Nie chodzi mi o to żeby 4latek biegał samopas po Marszałkowskiej, tylko o to, że obserwuje kilkunastoletnich chłopaków, którzy nie potrafią sobie przekroić bułki.
Na niektórych pasach nie widać samochodu wyłaniającego się zza zakrętu zasłoniętego przez parking – po prostu projektantowi nie przyszło do głowy, by sprawdzić sprawę w terenie, skoro na papierze wyglądało tak ładnie. Dlatego musiałam nauczyć dzieci przechodzenia w miejscu „niedozwolonym” za to z lepszą widocznością. Tylko, czy o to chodziło? O takiej bezmyślności dorosłych, przecież, osób mogłabym jeszcze długo się rozpisywać, a wszystko za sprawą takiego właśnie podejścia, że kiedyś się to dziecko musi nauczyć… Ech, wstyd mi za was.
Piękne dzięki za prezentację, dodaję do notesu :).
Spostrzeżenia podzielam w pełni.
Pozdrawiam
A ja nie dam aż tylu %. To truizmy (zachwyca mnie to, jak wiele osób nie zastanawia się nad rzeczami podstawowymi, ale rozumiem, że tak już jest). Daję 50%. Mogę się nie zgadzać z połową poglądów, pisać (jak niektórzy z Was) o pedofilach, o porwaniach, o wpływie TV, o większej ilości wypadków i tak dalej. Ale napiszę po prostu: ilu z Was straciło kolegę w dzieciństwie? Niektórzy tak, prawda? Była to strata kolegi, jednego z wielu. Było inaczej, ale szybko się o tym zapomniało. A ilu z Was do tej pory straciło dziecko, bo – podobnie jak zapomniany po miesiącu kolega – nadział się na jakiś pręt czy coś innego mu się stało? Znacznie szybciej zapomina się kolegę (gdy się ma kilka czy kilkanaście lat). To w zasadzie prawie nas nie dotyczy, więc prawie nie boli.
Chętnie poczytałbym jakieś dane statystyczne na temat śmiertelności w takich wypadkach 30 lat temu i teraz. Stawiam tezę, że ilość wypadków spowodowanych tym, że dzieci rzucały nożem w ziemię albo nawet skakały po grażach nie była znów tak duża, więc przed czym bronimy dziś nasze dzieci? Przed siniakami, otarciami?
Inna sprawa, że dziś dużo większym problemem jest otyłość tych „zaopiekowanych” dzieciaków, które nie wychodzą na dwór niż urazy tamtych „narażonych na śmierć”.
Ale już ilość wypadków z karbidem była całkiem spora. Nieprawdaż?
Gdzieś na półce mam tę książkę. Czas ją w końcu przeczytać ;D
łuuu, to fajnie. Kupiłeś w usa, czy przez amazona? czy jakoś inaczej?
Kilka lat temu miałem klienta w USA. Przy okazji przesyłania mi prototypu następnego urządzenia zapytałem czy mogą do paczki dorzucić kilku książek.
Zgodzili się, więc zrobiłem zamówienie w Amazonie, oni dorzucili prototyp i wysłali do mnie.
Jak miesiąc później wysyłałem coś kumplowi w tym pudle to był tam już ładny zestaw naklejek od firm kurierskich ;D
Jestem nieco młodsza od ciebie, ale spostrzeżenia mam te same. Jako dzieciak w podstawówce mogłam godzinami biegać z grupą dzieciaków po podwórku, prawie każdy miał scyzoryk, paliliśmy ogniska, łaziliśmy po opuszczonych budynkach, czasem wybuchały bójki… Wiadomo było dokąd można się zapuszczać samemu i dlaczego (np. ruchliwa droga, czy wroga banda z innego osiedla).
Często zdarzało się jeść różne rzeczy prosto z krzaka, brudnymi rękami i popijać to jedną oranżadą na piątkę dzieciaków czy zagryzać jedną kanapką. Nikt nie łaził za nami z chusteczkami antybakteryjnymi, soczkiem czy kanapeczką…
O zgrozo, czasem dostawaliśmy też klapsa jak coś przeskrobaliśmy i jakoś nie było to traumą, tylko zasłużoną karą.
W mojej okolicy największą atrakcją była pobliska stajnia, gdzie dzieciaki od 5 czy 6 klasy podstawówki mogły samodzielnie opiekować się „swoim” koniem i w zamian za pracę jeździć za darmo, a tabuny młodszych pałętały się wśród koni, po strychu z sianem i po podwórku. I nikomu nigdy nie stało się nic poważnego, a wspomnienia z tego czasu są naprawdę bezcenne.
Od razu przypomniała mi się taka kampania społeczna: http://iperelka.blox.pl/resource/ll_400x400.jpg
Jak myśmy dożyli to tego XXI wieku?! 😉
hehehe 🙂
Może właśnie dlatego 🙂
Mieliśmy na co dzień kontakt z zarazkami, brudem, błotem, więc organizm miał okazję się uodpornić.
A co do miliona głupich zabaw i pomysłów z dzieciństwa to naprawdę nigdy nikomu nic poważnego się nie stało, nawet w stadninie! Myślę jednak, że gdyby nasi rodzice wiedzieli przynajmniej o części z nich to szybciej by osiwieli 😉
Bardzo istotny temat – w gruncie rzeczy można uznać, że nas wychowała ulica, a nasze dzieci wychowa też „ulica”, ale wirtualna. Prawdziwe są zbyt szybkie, nie ma przy nich trawników, nie ma przy nich trzepaków. Temat rzeka, łza się kręci w oku. I boję się o swoje dziecko. Bardzo.
no właśnie ja się zastanawiam, ile tego strachu jest w nas racjonalnego, a na ile jest to wytwór mediów. Też się łapię na tym, że boję się o rzeczy, które sam robiłem. A jak się pozastanawiam głębiej, to nie bardzo widzę przyczyny poza takimi nadmuchanymi przez media.
Zgadzam się znowu w 99%. No jednak świat nieco się zmienił, przykład pierwszy z brzegu: po ulicach jeździ ZDECYDOWANIE więcej samochodów niż jeszcze 15 lat temu, a to generuje zagrożenie. Co do innych… myślę, że najlepiej, by dziecko nauczyło się, że ognień parzy, a nóż tnie pod okiem rodziców, a w każdym razie w ich pobliżu. Jestem zwolenniczką raczej obserwacji zabawy dzieciaków, ale bez ingerowania bez wyraźniej potrzeby. Niektórych rzeczy trzeba się po prostu nauczyć, ale wybite kijkiem oko czy ucięty nożem palec nie odrośnie…
Mój tata wychował się w czasach, gdy wodę trzeba było przynieść ze studni i zazwyczaj w lodowatej się umyć, a lekcje odrabiało się w ciągu dnia, bo wieczorem przy naftowej lampie było za ciemno. Kiedy nastała era prądu w każdym domu i bieżącej wody, również twierdził, że „za jego czasów człowiek twardy był, a teraz te chłopaki to jak dziewuchy są” (to o naszym pokoleniu)
Ja też grałam w państwa i miasta, spotykaliśmy się na ulicy, rysowaliśmy wielkie koło i mogliśmy grac do wieczora. Dziś w dalszym ciągu mieszkam przy tej ulicy, ale z trudem przez nią przechodzę, bo ruch jest niesamowity.
Idolem dzieciaków z mojego pokolenia byli czterej pancerni, Rambo i John Travolta, których na kasetach VHS można było obejrzeć. Dziś włączając telewizor dzieciaki oglądają bajki o walczących stworach, lalki w trumienkach albo filmy i programy, w których dominują bluzki, przemoc i agresja.
Rozwój cywilizacji niesie ze sobą wiele zmian i nie można porównać wychowania z lat 70 czy 80 do współczesnego, bo to tak jakbyśmy chcieli porównać rozwój Szwecji i Mozambiku.
Myślę, że pokoleniowo najbardziej przegranymi nie są nasze dzieci, ale my. Nasi rodzice wychowali się w głębokiej komunie i mało kto miał pojęcie o innym życiu, nasze dzieci są już pokoleniem, które nie odstaje od swoich rówieśników na świecie. My natomiast próbujemy się odnaleźć w tym wszystkim, dogonić świat, zapewnić lepsze życie, pokazać, że też umiemy i w gruncie rzeczy gubimy się nie zauważając, że kiedy goniliśmy za tym wszystkim, życie nam uciekło…
+1
Zgadzam się z całym wpisem.
Kiedyś dzieci biegały po betonach, z nożami, itp. teraz biegają z telefonami, spędzają godziny w internecie i przed telewizją – w ten sposób wystawiają się na inne zagrożenia o których obecni rodzice mają niewielkie pojęcie.
Rodzice chroniąc dzieci przed znanymi sobie zagrożeniami wystawiają je na zupełnie inne, takie których nie znają.
Cennym przesłaniem tego wpisu jak i flimu jest to, żeby dzieci poznały te zagrożenia (te zwykłe nóż, ogień, itp.) i umiały sobie z nimi poradzić. Tylko wg mnie lepiej jest eksperymentować razem z dzieckiem – uczyć je, a nie zostawić je z nożem i zapałkami niech się samo uczy.
Moim zdaniem źle jest separować od zagrożeń i równie źle jest wystawiać na zagrożenie. Dobrze jest nauczyć jak sobie z tymi zagrożeniami radzić i gdzie są – przekazując np. cenną wiedzę jak rozpalić ognisko i naostrzyć kij na kiełbasę :).
Poza tym warto się też zainteresować zagrożeniami, których nie znamy i przynajmniej spróbować je zrozumieć.
Również się zgadzam. Nie da się porównywać realiów wychowania przed 20-30 laty i obecnie, zbyt wiele się zmieniło – chociażby autorytet dorosłych, szczególnie nauczycieli w szkole. Pokolenie moich rówieśników czuło respekt przed nauczycielami (tak samo zresztą nasi rodzice), sami nauczyciele również mieli większe możliwości działania, jeśli trafił się jakiś krnąbrny delikwent. Kiedyś nie było niczym dziwnym, że obcy dorosły na ulicy obsztorcował dzieciaka, który się źle zachowywał – dzisiaj hałaśliwa grupka „złotej młodzieży” w miejscach publicznych może robić, co chce, a dorośli boją się zareagować, żeby nie oberwać…
Do czego zmierzam? Owszem, żałuję, że moja córka wychowywana jest bardziej zachowawczo niż ja w jej wieku (choć i tak staram się kontrolować, żeby nie popaść w nadopiekuńczość) i zdaję sobie sprawę, ile w ten sposób traci. Jak jednak mam jej pozwolić na samodzielność zbliżoną do tej, którą miało moje pokolenie w tym wieku, jeśli nie mogę być pewna, że w razie zagrożenia ktokolwiek zareaguje, zadziała, stanie w jej obronie?…
Tylko że mi wydaje się, że problem z brakiem autorytetu wynika właśnie z naszego sposobu wychowywania dzieci. Nauczyciel nakrzyczał na nasze dziecko? Pójdziemy zrobić mu awanturę, że wpędza naszą „biedną” latorośl w depresję, stosuje mobbing, etc. A w najlepszym wypadku podzielimy się z naszymi dziećmi przemyśleniami na temat tego „okropnego” nauczyciela, który tak skrzywdził nasze biedne, niewinne dziecko. Najpierw sami ten autorytet podważamy a potem dziwimy się, że go brak…
z tą odpowiedzialnością, to jest wiele racji. ostatnio rozmawialiśmy sobie w domu i przypominaliśmy sobie, że kiedy ja przyszłam na świat, najmłodszy brat mojej mamy miał siedem lat i nie było nic dziwnego w tym, że „wyprowadzał” mnie w wózku na spacery. dzisiaj nie wyobrażam sobie dać dziecka w wózku pod opiekę siedmioletniego… dziecka. dodam zachowawczo, że również nie byłam wychowana w jakiejkolwiek patologii (to znaczy mój ojciec pali, ale nie wiem czy to się liczy ;)).
a zerwanie ze smyczy obserwuję po swoich rówieśnikach. nie, żebym sama nie lubiła czasem iść wypić, ale zupełnie nie jara mnie fakt nie mieszkania z rodzicami. serio, gdybym miała uczelnię w promieniu 50km nigdy nie wyprowadziłabym się z domu (ach te babcine obiadki ;)), a ludzie, którzy mają uczelnię po drugiej stronie ulicy uciekają na drugi koniec kraju, byle dalej od rodziców, byle samodzielność, byle dorosłość. ja się pytam – jaka to jest, kurcze, dorosłość, jak wciąż żyjesz za rodziców?
Artykul to sama prawda jesli chodzi o lata 80-te. Niestety % agresji wsrod dzieci i doroslych wzrosl diametralnie. Rodzice kiedys mieli wiecej czasu dla dzieci , dzis praktycznie nie maja czasu dla dzieci. To wplywa na relacje rodzic – dziecko i dziecko – dziecko. Jest za duzo agresji , przemocy na ulicy i niestety ja nie puszcze dziecka samego na plac zabaw. To my dorosli stworzylismy ten agresywny swiat , to my dorosli pozwolilismy na to wszystko i wszystko wychodzi z pod jakiejkolwiek kontroli. MALO ROZMAWIAMY Z DZIECMI TAK JAK KIEDYS! Wiec to nie o dzieci chodzi tylko o nas samych doroslych !!! Inaczej wychowujemy dzieci dzisiaj. Nie zaprzeczam ,ze coraz czesciej to wirtualny swiat wychowuje nam dzieci – ale to my na to pozwalamy zamiast isc na calutki dzien do parku czy lasu. Przykra prawda 🙁
Według mnie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jestem rocznik 87, wychowałam się na melinie. Normą tam były kradzieże, napady, pobicia, nawet strzelaninę pamiętam (widziałam z okna). Gdy miałam 8 lat dopadł mnie pedofil, w mojej klatce schodowej, w biały dzień. Nie stało się najgorsze, ale do kontaktu fizycznego doszło niestety. Kilka lat później w drodze do Według mnie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jestem rocznik 87, wychowałam się na melinie. Normą tam były kradzieże, napady, pobicia, nawet strzelaninę pamiętam (widziałam z okna). Gdy miałam 8 lat dopadł mnie pedofil, w mojej klatce schodowej, w biały dzień. Nie stało się najgorsze, ale do kontaktu fizycznego doszło niestety. Kilka lat później w drodze do szkoły śledził mnie facet, jechał samochodem tuż obok i się masturbował w taki sposób, żebym to widziała. Tak przez 3 dni, aż go złapali. Plus kilka innych, może mniej istotnych incydentów. Potem się przeprowadziłam na spokojne osiedle. Zaprzyjaźniłam się z dziewczyną, dla której moje opowieści były jak z filmu. I było to widać. Ja po zmroku nie wyciągałam telefonu z kieszeni w obawie, że mi ukradną. Ona się śmiała, że przesadzam. Na imprezy ja chodziłam w spodniach i płaskich butach, żeby było łatwiej uciekać. Ona się śmiała, że przesadzam. Nigdy nie korzystałam z proponowanych drinków, odprowadzania, czy podwożenia do domu od niepewnych gości. Śmiała się, że przesadzam. I co? Do dziś włos z głowy jej nie spadł. Ona miała farta, czy ja pecha? No dobra, do sedna.. Zmierzam do tego, że pewnie w jakimś stopniu wychowamy dzieci na podstawie własnych doświadczeń. Jestem pewna, że ja będę bardziej przewrażliwioną mamą, niż np. wspomniana przyjaciółka. Tym bardziej, że mam córeczki. Bo do dzisiaj mam uraz po tamtych przeżyciach, mimo uczestnictwa w terapiach. W życiu nie chciałabym, aby to spotkało moje dzieci w drodze po „doświadczenie życiowe”. Więc pewnie będę się o nie bała na każdym kroku. A jeżeli ktoś miał fajne, niczym nie zakłócone dzieciństwo, to w efekcie ma dzisiaj większe zaufanie do świata. szkoły śledził mnie facet, jechał samochodem tuż obok i się masturbował w taki sposób, żebym to widziała. Tak przez 3 dni, aż go złapali. Plus kilka innych, może mniej istotnych incydentów. Potem się przeprowadziłam na spokojne osiedle. Zaprzyjaźniłam się z dziewczyną, dla której moje opowieści były jak z filmu. I było to widać. Ja po zmroku nie wyciągałam telefonu z kieszeni w obawie, że mi ukradną. Ona się śmiała, że przesadzam. Na imprezy ja chodziłam w spodniach i płaskich butach, żeby było łatwiej uciekać. Ona się śmiała, że przesadzam. Nigdy nie korzystałam z proponowanych drinków, odprowadzania, czy podwożenia do domu od niepewnych gości. Śmiała się, że przesadzam. I co? Do dziś włos z głowy jej nie spadł. Ona miała farta, czy ja pecha? No dobra, do sedna.. Zmierzam do tego, że pewnie w jakimś stopniu wychowamy dzieci na podstawie własnych doświadczeń. Jestem pewna, że ja będę bardziej przewrażliwioną mamą, niż np. wspomniana przyjaciółka. Tym bardziej, że mam córeczki. Bo do dzisiaj mam uraz po tamtych przeżyciach, mimo uczestnictwa w terapiach. W życiu nie chciałabym, aby to spotkało moje dzieci w drodze po „doświadczenie życiowe”. Więc pewnie będę się o nie bała na każdym kroku. A jeżeli ktoś miał fajne, niczym nie zakłócone dzieciństwo, to w efekcie ma dzisiaj większe zaufanie do świata.
Ale namieszałam 🙂 Sorry, miałam mały problem. Ale jak ktoś chce, to wyczyta o co mi chodziło 🙂
Jeszcze jedno. Z całym szacunkiem do Ciebie Drogi Zuchu, ale inaczej wspominałbyś historię z nożem, gdyby jednak stało się coś złego.. Gdybyś dotkliwie ranił brata, do dziś zadawałbyś sobie pytanie „Kurczę, gdzie byli rodzice? Kto nam pozwolił latać z nożami?”. To akurat uważam za przegięcie. Ja też mając 8 lat obcowałam z nożem, ale po to aby np. kroić mamie warzywa do sałatki. Też się pewnie bała, że mogę się pociąć, ale pozwalała. I to uważam za rozsądne. Pozwalać dzieciom używać niebezpiecznych narzędzi, ale zgodnie z przeznaczeniem. Bo niby po co innego?
Kama….przesadzasz.
Jesteś takim samym przypadkiem jaki jest opisany w materiale. „Co byś powiedział gdyby to tobie…”. To żaden argument. Tak to ja mogę napisać, co by było gdybyś miała wąsy?
Wychowałem się we Wrocławiu, na tak zwanym „trójkącie”, gdzie jak legendy głosiły, ludzie potrafili zniknąć jak w bermudzkim. I kurcze, nie uwierzysz, czułem się mimo tego spokojny!
Na podwórku graliśmy w dziada (lub jak kto woli grzyba), nikomu NIC się nie stało. Bawiliśmy się ogniem…to była frajda! Bez ofiar. Że ktoś się oparzył? Na następny raz bardziej uważał. Petardy – to było coś. Nie raz w palcach korek wybuchł przy próbie go obrania. Ale co z tego? Łażenie po garażach, przez płoty, zabawy we wrakach samochodów, skakanie z drabinek, nawet wielka kałuża cieszyła.
Teraz zbiorowa schizofrenia..
Nic się, poza ilością samochodów nie zmieniło. Jest tyle samo zboczeńców, tylko wtedy była wzmianka w prasie i ew. w tv. Teraz? Jeden poda i temat odbija się pustym echem, bo dzicz szukająca sensacji musi konieczne też o tym napisać…przez co może się wydać, że problem urósł stukrotnie. A auta? Rozumny rodzic umie wytłumaczyć dziecku jak się zachować na drodze, jak ustalić pewne granicę…jak nie, to wybacz…równie dobrze można wrócić do kar cielesnych z braku umiejętności rozmowy i przekazywania swoich argumentów.
To tak jak z ciągłym łażeniem za dzieckiem że szmatą aby tylko mały jakiegoś zarazka nie dotknął…jaki kaleka z niego wyrośnie, jak jego układ odpornościowy nie nauczy się walczyć?
ja-z-81 potwierdzasz tylko to, co napisałam wcześniej. Oceniasz sytuację z autopsji, tak jak ja. Tobie i kumplom nic poważniejszego się nie przytrafiło, więc jesteś tak samo nastawiony do dzieciństwa własnych dzieci. Ja-idąc tym tropem- mam podstawy bać się o własne córki, nawet w drodze ze szkoły. Niżej wymieniony Manola zaliczył mocniejsze doświadczenia i od razu podejście ma inne. Nie widzisz tej zależności??? Pragnę jeszcze zaznaczyć, że póki co przewrażliwiona nie jestem chyba 🙂 Mam na myśli odporność, o której wspomniałeś. Moje córki mają 2 lata, biorę je na spacer W KAŻDĄ pogodę, pozwalam zetknąć się z brudem, daję warzywa i owoce na potęgę i co? Małe miały katar ostatnio rok temu, a tymczasem inne dzieci z otoczenia kichają i smarkają dalej niż widzą.. Co do tego wątku, to się z Tobą zgadzam..
zawsze komuś może się coś przydarzyć. Jednak większość wypadków dzieje się w domu, a nie na podwórku.
Ale do rzeczy – nie popadajmy w skrajność, bo też nie chodzi mi o to, żeby dzieci puścić samopas w nocy po lesie z miotaczem ognia i maczetami. Chodzi o to, żeby zastanowić się nad tym jaką krzywdę wyrządzają dziś rodzice dzieciakom. Słuchaj, chłopaki po 10-12 lat nie potrafią sobie bułki ukroić. Nastolatkowie nie potrafią korzystać z komunikacji miejskiej, nie potrafią nic załatwić. I to jest ból – bo oni też będą kiedyś rodzicami.
A ten tekst napisałem po to żeby powiedzieć STOP, idziemy w bardzo złym kierunku.
hehe Wrocław – proszę, to igraszka 😉 naprawdę nie wiesz, co to niebezpieczna dzielnica. uśmiałam się.
@kama, poniekąd rozumiem Twoje stanowisko, ale weź pod uwagę, że opisujesz skrajną patologię. Na tak skrajnym argumencie nie można zbudować całej tezy. Przecież ja nie każę 3 letnim dziewczynkom biegać nocą po lasku kabackim.
Zuch – chyba 'dziewczynkOM’ ;>
ech, już poprawiam 🙂
zgadzam się, ja w podstawówce w piaskownicy rzuciłem scyzorykiem w piach, niestety po drodze była ręka koleżanki z klasy…
No mój kuzyn zjarał swój dom. Miał 10 lat, rodzice byli w pracy a on z kolegą poszli na strych pobawić się zabawkami. Nikomu nic się nie stało, ale dorobek życia 3 rodzin poszedł z dymem… Mój brat złamał rękę jak kumpel bawił się z nim w Rambo i przerzucił go przez ramię na beton. Kumpel o mało nie utopił się w gnojówce podczas zabawy w chowanego, choć tu akurat największy ból w tym, że do dziś mu to wypominają 😉 Ilości dziur w stopach po wejściu na zardzewiały gwóźdź, głębszych i płytszych skaleczeń, oparzeń i innych takich nawet nie zliczę.
Myślę że trochę więcej kontroli nad środowiskiem, w którym dzieci się bawią i trochę więcej instruktażu na temat możliwych skutków byłoby jednak dobre. Rodzice zabiegani nie mieli czasu żeby nam takie rzeczy tłumaczyć, poza tym im nikt nie tłumaczył, więc nawet pewnie nie przyszło im to do głowy.
trochę – jak najbardziej, ale to co się dziś dzieje jest baaaaardzo dalekie od określenia „trochę kontroli”.
Generalnie ludzie musicie mieć na uwadze, że naprawdę czasy się zmieniły.. Nikt mi nie wmówi, że to nie ma znaczenia. Na pewno każdemu obiło się o uszy : „im mniej wiesz, tym lepiej śpisz”. No właśnie – kiedyś rodzice mniej wiedzieli. Może dlatego na więcej pozwalali. Osobiście uważam, że mieli łatwiej. Nikt nie robił dzieciakom wody z mózgu w hardcorowych grach na konsoli. Sama pamiętam pierwsze wersje Medal of Honor, albo Resident Evil na PS1. To był luzik w porównaniu z tym, co dzisiaj jest dostępne. Nic się nie czaiło w internecie. Co z tego, że założysz blokadę rodzicielską, jak dzieciak pójdzie do kolegi i jazda. 9-letni syn znajomej ostatnio ujawnił, że wie więcej o seksie niż my dwie razem wzięte. A pornosy to standard (i to jakie!). No do diabła, chyba kiedyś na dzieci to nie czekało co? Jedyne co nam zagrażało, to szeroko rozumiane „podwórko”..Dziś pod tym względem jest znacznie gorzej. Poza tym wracając do tej świadomości.. Obecnie rodzice mają łatwiejszy dostęp do wszelkich wskazówek, informacji, porad. Więcej wiemy, więc tę wiedzę stosujemy. Kaski do jazdy na rowerze??? Kiedyś byłyby wyśmiane, że niepotrzebne. Dzisiaj to norma. A foteliki samochodowe??? Sama pamiętam szaloną jazdę Skodą Octavią (64 rok) mojego dziadka, która nawet zagłówków ani pasów nie miała, więc po co komu fotelik?! Też zostałby wyśmiany.. A karmienie piersią? Kiedyś gadali (o zgrozo), że mleko matki jest niewartościowe, że krowie lepsze!!! A dzisiaj każda szanująca się matka wie jaki to skarb – to jej mleczko. Więc się męczy i daje, a kiedyś odstawiały i miały w d…. A kary cielesne? Kiedyś norma, a dzisiaj byle rodzic przeczyta byle artykuł o biciu i sumienie nie pozwala. Bo przecież jest tyle metod na dogadanie się z dzieckiem (które osobiście popieram, żeby nie było). A kiedyś lali dzieciaka za nic i nikt nie tworzył dylematów. Jest wiele przykładów na to, że kiedyś ludzie działali z automatu, niewiele myśląc o konsekwencjach. Ośmielę się stwierdzić, że trudniej jest być mądrym rodzicem w dzisiejszych czasach. Na pewno trzeba zachować umiar w obie strony. A czasem wziąć pod uwagę serce i intuicję. W moim przypadku sprawdzone ze 100 razy. Ale to (wybaczcie Panowie) już musi mamusia 🙂
Bardzo dobrze to ujęłaś. Choć moim zdaniem problem właśnie tkwi z tym, że nie umiemy zostawić tego, co było dobre, tylko na siłę zmieniamy wszystko na zachodnią modłę, jakby kompromis był czymś nie do wprowadzenia… I państwo nam tego nie ułatwia, bo jednocześnie dając dzieciom coraz to nowe prawa – odbiera szacunek i autorytet nauczycielom itp. Długo o tym można dyskutować…
Bardzo podoba mi się to spostrzeżenie. Jednak ojcowie są bardzo skłonni pozwolić dziecku na różne niebezpieczne zabawy czy też traktują pewne sprawy z przymrużeniem oka niż matki, które z reguły są bardzo przewrażliwione na punkcie swoich dzieci z powodu oczywiście banalnego – boją się utraty dziecka które w końcu wydały na świat. Czasem też jest tak że rodzice decydują się wspólnie dać dziecku więcej swobody. Moi rodzice ta zrobili. W momencie kiedy ich czteroletni syn będąc sam w swoim pokoju próbował zjeść wieszak na ubrania, rozciął sobie całe podniebienie i prawie się nim udusił stali się najbardziej przewrażliwionymi na punkcie swojego dziecka rodzicami.
Też jestem 82. Wydaje mi się, że chodzi o to, że ludzie z naszego pokolenia byli wychowywani dość swobodnie, żeby nie powiedzieć nieodpowiedzialnie. Ja też sobie strugałam łódeczki ojca Victorinoxem w wieku 6 lat. W wieku 7 do 19:00 przebywałam sama zimą na podwórku, jako ośmiolatka zasuwałam do spożywczaka, biegałam z kluczem na szyi, od 15 roku życia sama jeździłam na wakacje – nie na kolonie, tylko z kumpelkami w góry.
I teraz to nasze pokolenie z niedowierzaniem patrzy na własne dzieciństwo i robi zwrot o 180 stopni, „matkuje” dzieciom aż do przesady. Mam koleżanki, które 10-12 latki odprowadzają za rękę do szkoły – w naszych czasach to był wstyd.
Urodziłam się pod koniec lat 80. Sama chodziłam do przedszkola na osiedlu – przechodząc przez ulicę. Sama chodziłam do sklepów. Sama zostawałam jako 7 latka z roczną siostrą i musiałam się nią zajmować. Zmiana pieluch, noszenie wózka z 1 piętra itd. Mało tego -jak przypaliłam mleko to jeszcze dostałam pasem 🙂 więcej już mleka nie przypalałam. Fakt. Inne czasy. Gdyby teraz nawet z szczerymi intencjami chcieć wychować dziecko wg tych samych zasad wydaje się to być niemożliwe. Ogół praw, które kontrolują bezpieczeństwo nie pozwalają na to. Chyba ,ze ktoś mieszka na wsi. Zresztą – nawet trudno by było dziecku znaleźć kompana od takich akcji. Ja jako dziecko biegałam po torach z kolegami i koleżankami. Chodziliśmy na sanki w nocy. Myślę ,że dzisiaj ważną rolę przy takim wychowaniu odgrywa ojciec. Niemniej jednak jakie to musi być trudne przy obecnej mentalności owczego pędu i pogoni za pieniądzem – nawet nie z chciwości ale taką mamy sytuację w Polsce. W innych krajach niedziela to dzień wolny – spędza się go z rodziną. U nas połowa pracuje w hipermarketach, galeriach, żabkach etc. Mało kto może sobie pozwolić na to by spędzić czas z dzieckiem na majsterkowaniu i odkrywaniu świata w lesie etc. A gdy już jest czas i moment ,zeby dziecko mogło się trochę usamodzielnić np. wakacje – to rodzic na kolonie nie chce puszczać dzieci – gdzie wg mnie kreują się tam jedne z najlepszych wspomnień. To chyba już proces nieodwracalny ale zgadzam się w 100% – rodzice robią z dzieci kaleki emocjonalne, które nie radzą sobie w życiu. Są zakompleksione, poddają się, wycofują z życia społecznego, nie potrafią wyrażać swojego zdania i nie znają sztuki kompromisu ani negocjacji. Wszystko toczy się wokół gier komputerowych i słów „chcę = daj mi”,a nie „chcę – zasłużyłem, postarałem się o to więc powinienem dostać”. Nawet w grach rodzice wyręczają – ile razy słyszę – tata mi pomógł przejść tę misję. Tragedia dzisiejszych czasów.
Samodzielna, wybacz, ale nie rozumiem : zostawienie 7-latki z rocznym maleństwem i lanie pasem za przypalenie mleka uważasz za normę ???!!!
Całe szczęście, że dzieci mają więcej praw i że się tych praw przestrzegania wymaga. Smutne jest tylko to, że za wymaganiami nie idzie realne wsparcie ze strony naszego, szeroko pojętego, państwa.
To, że nie widuje się dzieci grających w państwa-miasta nie oznacza, że są chowane pod kloszem. Gorzej. Teraz, zamiast kupować nóż Rambo, można kupić grę, w której wciela się w Rambo.
Można być np. jednym z oddziału specjalnego. Można też przyjąć rolę terrorystów. A jucha leje się na lewo i prawo. To wszystko znacznie bardziej realistyczne niż dowolne gry i zabawy jakie pamiętam. Chociaż fizycznie mniej groźne niż co najmniej połowa moich standardowych zabaw ;-).
Aczkolwiek widuję dzieci bawiące się na podwórku. Może to zależy od okolicy. Z nożem nie widziałem, ale w sumie chyba lepiej jeśli dzieci się w grach wyżywają. Nawet jeśli są to gry, do których rodzice nie umieją, albo nie chcą kontrolować dostępu.
dzięki za ten wpis! absolutnie się z nim zgadzam! Pozdrawiam!
Wszystko dobrze, do czasu, aż dziecku się coś stanie, wtedy można by sobie wbić nóż w serce, za to, że jednak nie było się bardziej opiekuńczym – w znaczeniu bardziej dbającym o bezpieczeństwo – przesadne bezpieczeństwo.
Dopóki nie posiadałem swojej córeczki, myślałem podobnie jak autor, ale po narodzinach świat obraca się o 180 stopni i myślenie też się zmienia!
Jak nie pozwolisz dziecku, żeby zbiło sobie kolano, to nie nauczysz go radzenia sobie z bólem. Wiadomo, że nikt nie chce, żeby dziecku stała się krzywda, ale nie jesteś cudotwórcą i nie uchronisz go przed wszystkim – daj dziecku narzędzia, żeby samo także umiało o siebie zadbać.
mam dwójkę dzieci, tak a propos. Świat obraca się o 180 stopni i myślenie też się zmienia, fakt. Dlatego właśnie trzeba sobą potrząsnąć i zobaczyć jak druzgocząca jest nadopiekuńczość. Wspominałem już, że większość wypadków ma miejsce w domu, przy rodzicach. Mój wniosek jest taki: pozwalając dzieciom na więcej jest jakiś promil szansy na to, że dziecko zrobi sobie krzywdę. Natomiast będąc nadopiekuńczym na 100% wyrządzimy dziecku krzywdę.
Łatwo tego wszystkiego nie zauważyć, bo siniaki widać od razu, a nadopiekuńczość wychodzi po latach, ale za to strasznie.
Nie mam przekonania do tych wniosków. Czasy się zmieniły i zagrożenia też. Społeczeństwo się zmieniło, wszyscy mieli niewiele, więc pewne niebezpieczeństwa zwyczajnie nie istniały. Ja też jestem rocznikiem ’82, zawsze miałam bardzo dużo zajęć poza lekcyjnych (i do dzisiaj bardzo to sobie cenię i miło wspominam), nie wychowywałam się na podwórkowym trzepaku, nie miałam scyzoryka i z tego, co pamiętam, to zawsze były dzieciaki, które latały z kluczem na szyi całe dnie. A inne nie.
Nie wiem, czy większym zagrożeniem dla dziecka jest pozwalać mu wychowywać się na grach czy TV czy raczej puszczanie na długie godziny z domu, ze znajomymi. Myślę jednak, że miarą dobrego rodzica nie jest powielanie schematów sprzed 20 lat, ale takie organizowanie życia dziecka, żeby było szczęśliwe. W obecnych realiach. Nie ma nic złego w tym, że zamiast szlajać się ze znajomymi po okolicy, wybiera wycieczkę rowerową z rodzicami czy dobre kino. whatev. Podwórko jakoś specjalnie życia nie nauczy.
ps. w dzisiejszych czasach scyzoryk nie jest już zwykłą zabawką. Takie czasy.
kurcze, nie wiem jak to napisać, żeby nie zabrzmiało oschle, czy chamsko (bo nie mam takich intencji), ale zdaje się, że nie bardzo zrozumiałaś to o czym napisałem. Jako kontr argumenty podajesz dwie skrajności – o których zresztą nie pisałem. Nic nie było o szlajaniu się, o którym piszesz bardzo pejoratywnie. Zwróć też uwagę na to, że najpierw stwierdzasz, że na podwórku nie przesiadywałaś (ergo – nic o tym nie wiesz), a potem wysuwasz na jego temat wnioski. Trochę tak „nie wiem, to się wypowiem”.
PS – scyzoryk cały czas jest jest zabawką. U facetów pewne rzeczy się nie zmieniają, niezależnie od tego kiedy się urodzili i ile aktualnie mają lat.
Ten komentarz jest dobrym przykładem na to, że rodzice się boją tego, czego nie znają. Albo co gorsza tego, o czym się nasłuchali. A że teraz mamy wielokrotnie lepszy dostęp do informacji, to i nasz strach tylko (niepotrzebnie?) się pogłębia. A jak wiemy, ciężko przy tak silnych emocjach jest myśleć racjonalnie. Szczególnie, kiedy tu chodzi o nasze dzieci.
Piszesz że: „Podwórko jakoś specjalnie życia nie nauczy.”, mam zdanie zgoła odmienne, ja miałem zajęcia dodatkowe 3 razy w tygodniu po 3 godziny i ciężko trenowałem odnosząc sukcesy ( najbardziej cieszące rodziców ), mimo tego podwórko było moim drugim domem, gdzie nawiązywałem NORMALNE relacje z rówieśnikami, gdzie uczyłem się walczyć o swoje…
Teraz relacje są głownie w sieci, aż strach pomyśleć co będzie, jak dorośnie armia garbatych dzikusów, nie odnajdujących się w realnym świecie.
Witam serdecznie, pierwszy raz tu trafiłem dzisiaj, ale zapewne nie ostatni 🙂
Ja jednak wychowuję mojego łobuza w modelu „old school”, czyli jak się przekonasz, to się nauczysz. Synek ma 14 miesięcy i już wie, że kubek z herbatą jest „AŁ!”, bo pozwoliłem mu to w kontrolowany sposób sprawdzić.
Co do podwórka, mam nadzieję że nie będzie chciał z niego wracać, a na zajęcia organizowane przez rodziców zawsze znajdzie się czas.
„Bo tak naprawdę dzieci od nas, dorosłych różnią się tylko brakiem doświadczenia.”
Dość odważna teza. Z tego co wiem, różnią się mózgiem. I to dość poważnie.
Dla przykładu, dzieci nie mają rozwiniętej tej części kory mózgowej, która odpowiada za przewidywanie odległych konsekwencji naszych działań oraz za hamowanie impulsów.
W kontekście zabawy nożem nie jest to bezznaczenia.
dokładnie. I właśnie to zdobywanie doświadczenie bardzo dobrze wpływa na rozwój tej części mózgu. Poobserwuj dzisiejszych nastolatków, a nawet studentów – tu przerażająco wiele osób cały czas nie ma rozwiniętej tej części mózgu.
To mnie rozbawiło,ale niestety masz rację co do „pełnoletnich”, o nastolatkach nie wspomnę, bo sytuacja jest dramatyczna i nie ma się z czego śmiać.
Ja też pamiętam, że bawiłam się w niebezpiecznych miejscach. Obok naszego bloku budował się kolejny. To miejsce roiło się od dziur i płyt z wystającymi prętami. Ale wtedy byłam sławną piosenkarką i właśnie w tej industrialnej scenerii dawałam koncerty 😉
Dziś aż dziwne wydaje się, że nasze pokolenie w ogóle przeżyło, prawda?
Z jednej strony jest w tym trochę racji. Ja sama nie jestem jakaś nadgorliwa, mieszkam na wsi, dzieciaki (2 i 5l) chodzą same do ogrodu a ja zerkam na nie przez okno, kojców nie posiadałam i nie posiadam, mają miejsca do zabawy ful. Ale przeginać w żadną stronę nie można. Kiedyś nie było też fotelików (uwielbiam ten argument – kiedyś, kiedy na drogach królowały maluchy i co któreś gospodarstwo miało auto a nie po 2 na rodzinę przypadały…), usypiało się dzieci makiem i wódką – ale czy to dobrze? Na wsi wciąż jest dawny luz i nie ma roku, żeby nie usłyszeć, że gdzieś dzieciom ręce poucinały maszyny albo wpadło dziecko pod kombajn. Moja babcia z siostrą skakały na siano z okna stodoły, pod oknem stały brony. I fajnie…że im się udało, bo jakby im się raz skoczyć nie udało, to by mnie na świecie nie było – więc luz jest fajny, dopóki się dziecku coś poważnego nie stanie. Odpukać, my jeszcze ostrego dyżuru nie zaliczyliśmy, co nawet mnie dziwi, bo łby rozbite 8 razy na dzień 😉
Zgadza się, zastanawiam się czasami -jak my przezyliśmy? Moi synowie nestety nie będą znali zabaw typu pdchody i pobite gary. Nawet jak ich nauczę to pewnie nie będą mieli towarzystwa do tej zabawy, ale z pewnością bedą bardziej obeznani z techniką komputerową i wieloma innymi rzeczami, o których nam się nawet nie śniło. Taka kolej losu…
O…to,to…My tez staramy się z mężem bawić z dziećmi w zabawy naszego dzieciństwa i co z tego…Już po woli stają się odmieńcami bo córka kocha grać w gumę ale koleżanki patrzą na to jak na dziwo zamorskie. Chłopcy zdecydowanie wolą grać statki, kropki, pchełki itp. niż na tablecie-bo można poczuć jak fajnie wygrać z tatą w te statki….
Niestety, ulegamy jakiejś psychozie. Jeśli włączyć jakiekolwiek wiadomości to wbije nam się do głowy, że oto na wolność zaraz wyjdą setki Trynkiewiczów, którzy za każdym rogiem będą mordować dzieci! Informacja powtarzana setki razy na każdym kanale musi w końcu wyrobić poczucie zagrożenia. I tak wysyłając dziecko z tornistrem do szkoły przed oczyma mam widok naćpanej baby, która rozjeżdża je na pasach, pedofila czyhającego w krzakach, a w najlepszym wypadku pijanego kierowcę, który je tylko potrąci.
To my nadajemy się na terapię. Trzeba uczyć się odbioru mediów. Świat wcale nie jest gorszy od tego sprzed 60 lat, choć nasi dziadkowie tak będą mówić. A jaki był, wystarczy poczytać podręcznik historii.
Dziwi mnie, że większość z Was zgadza się z treścią artykułu. Piszecie o bieganiu na złomowisko, czy na poligon (jak to miało miejsce u nas w mieście). Trzeba się skaleczyć, trzeba się przestraszyć. Jasne.
Kiedyś nikt nie robił afery, jeżeli dziecku się coś stało na drabinkach a ojciec który był z nim na spacerze wypił w tym czasie piwo. Kiedyś byłby to nieszczęśliwy wypadek a dziś narażenie zdrowia dziecka przez nietrzeźwego opiekuna. Kiedyś w pracy ludzie pili a dziś pokażcie mi nietrzeźwych wyjeżdżających z pracy. Kiedyś moi rodzice się bawili i mieli na to czas i siły. Dziś trudno zebrać się w dwie, trzy pary, bo każdy albo robi coś dodatkowo, albo jest wyeksploatowany na maksa. Kiedyś idąc na imprezę zostawiało się małe dzieci w domu (nie mówcie, że nie). Dziś nikt o zdrowych zmysłach by się na to nie odważył. Kiedyś dzieci, które uczyły się słabo szły do zawodówki a potem do pracy i żyły godnie. Teraz … wiecie sami jak jest. Kiedyś zaniedbanie edukacji czy bezpieczeństwa dziecka nie wiązało się z takimi konsekwencjami jak teraz.
Jeżeli myślicie, że popieram to co było kiedyś to jesteście w błędzie, ale zdajcie sobie sprawę, że żyjemy w coraz bardziej wymagających warunkach, a Wy chcielibyście chować dzieci tak jak w latach 70-tych czy 80-tych dwudziestego wieku. To nie działa.
Gdy byliście młodzi, nie wiedzieliście co to są narkotyki, w każdym kiosku na wystawie nie leżały gołe cycki. Wasz mózg nie był atakowany reklamami drogich nowych zabawek. Koledzy w klasie nie licytowali się metkami ciuchów. Ostatecznie, wasi zwariowani koledzy mieli mniejszą kreatywność w wymyślaniu potencjalnie niebezpiecznych rzeczy niż teraz puszczone samopas dzieciaki, które pod nieobecność rodziców siedzą w necie i oglądają jackassy aby następnie wprowadzić je w życie. A jeżeli nie wprowadzają, to co najmniej kształtują swoją psychikę.
Przytoczę Wam rozmowę z basenowej szatni 11-13 latków:
– Widziałeś wczoraj ten serial, jak baba udusiła dzieci i trzymała je w beczkach?
– Widziałem! A widziałeś później jak gość się zemścił i zmasakrował temu drugiemu twarz?
Pozwalano Wam na to? Nie sądzę.
Jeżeli chcecie aby Wasze dzieci postępowały tak jak Wy w ich wieku, to zacznijcie żyć tak jak Wasi rodzice gdy byli w Waszym wieku. Zobaczycie jak szybko rzeczywistość zweryfikuje Wasze poglądy.
Jeszcze raz podkreślę, że wcale mnie nie cieszy kierunek zmian, ale jestem realistą i widzę co się dzieje wokół mnie.
Dlaczego to wszystko kręci się nie w tą stronę co powinno? To już jest temat rzeka.
Chyba nie do końca zrozumiałeś przekaz mojego tekstu. Absolutnie nie chodzi mi o kompletny brak kontroli nad dziećmi. Przeczytaj jeszcze raz, to może zauważysz sedno sprawy jakim jest NADOPIEKUŃCZOŚĆ. Także nie popadajmy w skrajność.
Mam wrażenie, że Pan, jak i inni „przeciwko” napisanemu tekstowi, odpowiadają nie na temat. Może dzieci nie oglądałyby w telewizji serialu o morderczych matkach, gdyby w tym czasie siedziały sobie na podwórku i bawiły się z innymi dzieciakami. Siedzenie w domu „pod okiem rodziców” często właśnie tak się konczy – albo włączonym telewizorem, albo komputerem. Ale na podwórko mama nie puści, to tam się może czaić pedofil, albo seryjny morderca, sama też się naoglądała. Podczas gdy to są bardzo bardzo rzadkie sytuacje w rzeczywistości, w tv jest to cały czas. Co jest gorsze – wirtualny telewizyjno-komputerowy bandyta obecny w umyśle dziecka cały czas, czy prawie zerowe prawdopodobienstwo spotkania prawdziwego na podwórku?
Wiadomo, że nie każdy mieszka w domu z własnym ogrodem, do którego można zaprosic kolegów, albo na osiedlu z podworkiem pod blokiem przez które nie jeżdżą samochody. Ale jak spaceruję po warszawie to widzę mnóstwo takich podwórek. A na nich zazwyczaj mamy z dziećmi do lat 3 lub starsi państwo. a gdzie reszta dzieci?
Fakt, masz rację co do mentalności i postrzegania dziecka oczami rodziców, ale chyba nie wziąłeś pod uwagę tego, że te dzieci które niczego nie mogą, to dzieci wychowywane przez Twoje pokolenie właśnie. Więc może to właśnie kwestia tego, że CI ludzie, jako dorośli ludzie, w których rękach jest bezpieczeństwo innego człowieka, za którego odpowiada prawnie i emocjonalnie, nie chcą aby dziecko narażało się na to, na co on. Każdy był kiedyś młody i robił różne głupie lub głupsze rzeczy i może właśnie ta świadomość i strach przed popełnianiem ich przez własne pociechy blokuje rodziców.
tak, tylko że ja uważam, że to dlatego, że moje pokolenie (a właściwie dotyczy to też ludzi, którzy dziś mają dzieci – młodych nastolatków) są pierwszym pokoleniem, które dopadła medialna psychoza strachu. A nawet jeśli masz rację (czego nie wykluczam), to wnioski z własnego dzieciństwa poszyły o wieeeeeeele za daleko w stronę nadopiekuńczości i ubezwłasnowolnienia własnych dzieci, tworząc socjalne kaleki.
Też jestem rocznik 82 i boli mnie, że niepostrzeżenie wkroczyliśmy w wiek zramolałego pierdzielenia.
„Czy przez te dwadzieścia lat dzieci stały się głupsze? Chyba nie. No, może bardziej agresywne, a na pewno o wiele mniej odpowiedzialne.”
to nie dzieci stały się mniej odpowiedzialne tylko dorośli! Dorośli za mojego dzieciństwa (30 lat temu) byli o wiele bardziej odpowiedzialni, kulturalni i wrażliwi społecznie. I to dlatego dziś musimy chronić swoje dzieci przed chamstwem i brakiem odpowiedzialności dorosłych właśnie – nie ważne czy ten dorosły jest nieodpowiedzialny na chodniku, na rowerze, w samochodzie czy gdziekolwiek indziej. I nie da się dziś wychowywać dzieci w mieście, z tak samo niskim poziomem obaw o nie, jak to było 30 lat temu.
Aha, i całe życie będziesz chronić swoje dziecko przed innymi? To jest właśnie to ubezwłasnowolnienie, o którym mowa w artykule. Ty masz PRZYGOTOWAĆ DZIECKO DO RADZENIA SOBIE Z TYM WYCHOWUJĄC JE, a nie chronić je i trzymać pod kloszem! Ciebie w końcu zabraknie i co wtedy zrobi taki dorosły-niedorosły (psychicznie) biedaczek, który sam nie potrafi myśleć i działać? Nikt przecież nie mówi o puszczaniu dziecka samopas i „niech się dzieje wola Nieba”, to TY masz mu wytłumaczyć, pokazać, czasem empirycznie ale zawsze pod kontrolą (!), i wtedy sobie krzywdy nie zrobi. A jak zabronisz czegoś wcale i będziesz je trzymać z daleka od „niebezpieczeństwa”, to dziecko i tak znajdzie na to sposób, ale właśnie wtedy może się to skończyć tragicznie, bo nie będzie wiedziało, jak się z tym „niebezpieczeństwem” obchodzić. Dzieci TRZEBA UCZYĆ MYŚLENIA A NIE MYŚLEĆ ZA NIE!
BTW ile masz dzieci?
na razie mam dwójkę.
!!! Właśnie od dwóch dni chodzę i myślę o identycznym temacie. Tylko mój tok rozumowania poszedł bardziej w kierunku braku konsekwencji działania dzieci. Dzieci nie dostają klapsa, nie rozbijają sobie głów, nie biją się ze sobą więc nie czują tego, że każde ich działania niesie ze sobą konsekwencje – czasami przykre i nieprzyjemne. Nie potrafią myśleć co się stanie jeżeli coś zrobię bo z reguły nic się nie dzieje – mama sprzątnie, tata przytuli, najwyżej telewizji nie będzie dziś wieczorem.
Ja pamiętam, że cokolwiek głupiego zamierzałem zrobić (a było tego dużo) zawsze myślałem o tym „co będzie jak się starzy dowiedzą?”. A jak już zrobiłem coś głupiego to umierałem ze strachu przed ich reakcją. Tylko to hamowało mnie przed robieniem jeszcze większych głupot i pewnie tylko temu zawdzięczam to, że przeżyłem w tak ekstremalnym otoczeniu jakim był Ursynów na początku lat 80 (betonowe bloki, druty, wykopy, niezabezpieczone budowy i otwarte okna na dachy budynków).
Nad tematem kary właśnie pracuje, pewnie w poniedziałek coś opublikuje. Bo to bardzo ważny temat.
Ale to kara musi być od razu cielesna? Własnie nie obejrzenie telewizji to też kara. Tylko jeśli dziecku to zwisa to nie jest dobra, bo powinna byc nie-cielesna, ale taka żeby dziecko odczuło – odebranie jakichś przywilejów. I powinni sprzątać po sobie. Ja się staram by sprzątali…ale czasem się nie da, bo jak rozsypią płatki na kanapie, ja nie zauważę, wyjdą do przedszkola…żeby nie niemowlę raczkujące to by tak leżały, ale musze to sprzątnąć. Ostatnio jednak wpadłam na pomysł, że przed ich powrotem będę z powrotem rozsypywać bajzel, żeby nie było, że się „samo” wszystkoi robi jak sa w przedszkolu 😀
ależ ja nie mówię o karach fizycznych.
Zuchu, moje zapytanie było odnośnie wypowiedzi Marcina: „Dzieci nie dostają klapsa, nie rozbijają sobie głów, nie biją się ze sobą więc nie czują tego, że każde ich działania niesie ze sobą konsekwencje”
aha, ok, bo ja patrzę na komentarze z poziomu admina, żeby wiedzieć co nowego, a nie zawsze widzę w odpowiedzi na co to 🙂 Jest prawie 100 komentów i ledwo to ogarniam.
No właśnie….bałeś się rodziców. Z szacunku zapewne, bo to RODZICE no i ten klaps w perspektywie,który jak mniemam nie złamał Ci psychiki. A dziś…obserwuję, że dzieci i młodzi i nie znają pojęcia autorytet, że coś nie wypada, co będzie jak się starzy dowiedzą, nie ma wstydu, zażenowania itp….
dokładnie mnie też klaps nie złamał psychiki, baaa mężowi, który dostawał nie tylko klapsy też nie, ale cóż państwo stworzyło ustawę o niebiciu dzieci, jakby klaps czy kara była co najmniej zbrodnią 🙁 niestety czasy nam rodzicom często zabraniają tego czy tamtego, będzie to co w Szwecji dziecko Ci może ubliżyć, zbić, nasrać, a Ty wykażesz cień agresji wobec dziecka typu podniesiesz głos, a ona na Cb naśle odp służby :/
Poza tym ja to nie wiem co trzeba robić, żeby sobie głów nie rozbijały…moi sobie rozbijają i nie ma na to rady, bo albo kask 24h albo bym musiała chodzić za nimi i łapać…
Ja ostatnio uczestniczyłam w dyskusji o tym, że dzieci nie pilnuję (bo się 2latka o niemowlaka przewróciła i trochę na nim przysiadła upadając) i położyła mnie na łopatki wypowiedź „może moje dziecko kiedyś uderzyło się grzechotką w łapkę, ale nie wyobrażam sobie żeby coś takiego się stało”. I to jest własnie nadopiekuńczość jak już ktoś nad niemowlakiem siedzi i pilnuje żeby sie nie trzepnęło zabawką…to nie ja, ale też nie zabawa nożami, jestem gdzies pośrodku 😉 Pozwalam dzieciom skakać z kanapy, byle na worek sako 😉 a że czasem nie trafiają to juz inna sprawa 😉
dokładnie takie coś obserwuję też, (ale uwierz wyobrazi sobie, żeby jej dziecko takie coś zrobiło) dziecko nie może mieć siniaka, musi być czyste, grzeczne i ciche…wiesz myślę, że Ci od niemowlaka zmienią zdanie jak będą mieć niemowlaka bo wiesz punkt widzenia się zmienia 😉 potem bd tłumaczyć że przecież to 2 latek musi się wyprzewracać 😉 zawsze się ma cudowne wizje jakie to moje dziecko nie będzie, na szczęście życie pięknie weryfikuje. Ja też gdzieś po środku, nożami nie dam się bawić (ludzie by mnie zjedli i dziecko zabrali) ale daje poskakać po łóżku, biegać na dworze, skakać po kałużach, a jak upadnie to każę wstać bo nic się nie stało. Wydaje mi się, że niektórzy nie pozwalają żyć dzieciom, ale wiem też, że ludzie za zachowanie dziecka jak na ten wiek czyli dziecka np 2-3 letniego oceniają, ze jest niegrzeczne niesforne itd. a od rodziców wymagają niemożliwego i rodzice ograniczają dzieci, bo co ludzie powiedzą 🙁
http://demotywatory.pl/4196682/Jesli-miales—mialas-takie-dziecinstwo-ciesz-sie-i-pielegnuj-wspomnienia
Tak mi się przypomniała ta prezentacja…Nie wiem czy już ktoś w komentarzach tego nie wkleił…W zasadzie zgadzam się ze wszystkim ale jednak uważam,że nastały czasy w których nie ma już żadnych świętości i granic których nie można przekroczyć. Taki stan moralny naszych czasów zaowocował wylewem zboczeń, patologii. Zgoda, że to są zawsze medialne wydarzenia stąd też tak często o tym słyszymy w mediach… Sądzę jednak, że pod tym względem czasy naszego wspaniałego dzieciństwa (jestem z 1976 r.)
przeminęły bezpowrotnie. Co do reszty zgoda a w 100 % Dzieci nie uczy się samodzielności i umiejętności zagospodarowania własnego czasu. Ja na szczęście mam 4 dzieci i siłą rzeczy nie jestem w stanie się na czworo rozerwać wiec sami muszą sobie radzić z wieloma sprawami:)
W Krakowie właśnie powstała pierwsza szkoła majsterkowania zainspirowana przez Gaver Tulley 🙂
http://www.aak.edu.pl/
oficjalne otwarcie w marcu 🙂
CZAD!
Ja jestem rocznik 84 i mam dwoje dzieci 5 i 3 lata. Połowicznie się zgadzam. Tzn z tym co zostało napisane to praktycznie się zgadzam, ale są ale jak już większość została wymieniona w innych komentarzach. Dla mnie niestety media są tym napędzaczem. Zoabczcie sami jak jakaś matka dokona dzieciobójstwa od razu co najmniej 10 portali się o tym rozpisuje, radio, gazety, tv! w ilu wiadomościach na popularnych kanałach o tym mówią i co czytam w komentarzach? że tyle tego teraz!!! co się z tymi matkami teraz dzieje, a uwaga jest tego znacznie mniej niż dawniej był jeden tv na wieś jak jakaś matka zabiła dziecko to wiedziała ta wieś i co najwyżej okoliczni, czy ktoś z nad morza wiedziałby że w Sosonowcu na ślaśku Magdalena W zabiła swoją półroczną Madzie? Nikt. A dzieciobójstw tak na marginesie jest znacznie mniej, kiedyś było „umarło słabe było” 😉 baaa mama sama mi opowiada jak to akuszerki pępowiny nie zawiązywały jak się 12 dziecko w domu rodziło. Wszystko było, tylko nie było takiej nagonki zwłaszcza w mediach. Poza tym na młodzież i nowe pokolenie wychowujących też się zawsze najeżdżało 😉 pamiętam jak mój dziadek ŚP opowiadał jak on jak był młody mówiło się „ŻE TA DZISIEJSZA MŁODZIEŻ… I CO Z NIEJ BĘDZIE” jego pokolenie na młodych znowu najeżdżało, na młodych czyt. naszych rodziców, potem nasi rodzice na kolejne pokolenie, a teraz już my mając kilkuletnie dzieci najeżdżamy 😉 mało tego widzę jak już nastolatkowie, którzy są tym pokoleniem o którym piszemy, że tacy nieporadni życiowo już piszą o młodych rodzicach jak źle wychowują, gdzie sami jeszcze do końca nie zostali wychowani 😉 każde pokolenie wspomina swoją młodość jako tą super! bo to było nasze dziecińśtwo i nasza młodość i mamy lekko zatarte już też niektóre wspomnienia i pamiętamy tylko to co najlepsze zapewne nasze dzieci będą miały swoje sentymentalne wspomnienia. Dla nas i o nas jest mnóstwo publikacji artykułów etc. do nas młodych rodziców kierowanych jak teraz wychowywać dzieci i jak my źle byliśmy wychowywani i jakie konsekwencje są tego w dorosłości bo już są na to badania (depresje, alkoholizmy, samobójstwa), na obecne dzieciaki jeszcze nie ma. Nie wiem jak gdzie indziej, ale u mnie pod blokiem zwłaszcza latem dużo dzieciaków wręcz okupują czasem plac zabaw. Niestety, ale możemy również podziekować państwu, prawu i społeczństwu za obecny stan. Państwu, prawu? zobaczcie jakie restrykcje co do kar ustawa o niebiciu dzieci i dochodzi do tego że dzieci mają większe prawa od rodziców podążamy za skandynawią?, oświata jak mają nauczyciele związane ręce nawet krzyknąć nie można bo zaraz ktoś na Cb kuratorium naśle. A społeczeństwu? nie widzicie jak dzieciaki przeszkadzają teraz ludziom? wszędzie w sklepie, w autobusie, a nawet uwaga! na placu zabaw! szczytem jest kupić mieszkanie z balkonem na plac zabaw a potem wykrzikiwać jak się drą bachory! Albo wypisywać na forach jakie to matki głupie i bezstresowo wychowują bo POWINNA coś zrobić jak się drze bachor a jak zrobi to coś to wyrodna matka…najlepiej siedzieć do 10 rż co by nie denerwowało biednych ludzi. Ludzie nawet apelują, żeby nie tłumaczyć dzieci z ich zachowania „bo to tylko dziecko” czy „dziecko musi to czy tamto” no tak…wymaga się od 3 latka zachowania dorosłego, a ono nawet nie wie jaką ma siłę głosu bo dopiero ćwiczy swoją mowę, niestety każdy etap życia ma swoje prawa i dzieci nawet właśnie muszą! się wybiegać wykrzyczeń jak im tego bronimy to mamy właśnie te zasiedziane zblazowane nastolatki przed kompami, którym cały świat przeszkadza a sami powodują skrajne przeszdkadzanie innym. Kolejna sprawa auta, jak mam puścić moją 5 latkę przed blok samą jak mieszkam w bloku z którego wychodzi się prosto na ul osiedlową z zakrętem gdzie z impetem wjeżdżają auta 60-80km/h? A domofon jest wysoko na kod? Na szczęście zrobili chodniczek prowadzący do chodnika więc może nie będzie tak źle. Ale prawda jest taka, że jak się stanie gdzieś jakiemuś dziecku coś to cała opini publiczna „a gdzie byli rodzice?” i od razu od patologii. Rodzice się boją po prostu i śmierci a najgorzej co widzę po moich znajomych zabrania im dziecka. Sama jestem dzieckiem z kluczem na szyi i mając 10 lat chodziłam np na drugie osiedle płacić czynsz, mama wychowywała mnie sama i pracowała na 3 zmiany i od 7 roku życia zostawałam sama w domu odgrzewałam obiad itd a wcześniej byłam dzieckiem przedszkola żłobka, ale w dzisiejszych czasach wymogiem jest bodajże do końca 2 klasy odbierać dziecko, nawet w mojej windzie pisze, że do 12 rż!!! dzieci nie mogą same jeździć windą, a na placu zabaw dzieci poniżej bodajże 8 rż muszą znajdować się pod opieką dorosłych to czyja to wina? rodziców? a za klucz na szyi można mieć niezłe kłopoty. Już nie mówiąc że każdy anonimowo może o byle co Cię posądzić, że zaniedbujesz dziecko.Teraz się mówi właśnie o tym jak z nami w ogóle rodzice nie rozmawiali, może właśnie całe dnie na dworze były św. spokojem dla rodziców jak teraz wożenie na zajęcia pozalekcyjne czy przesiadywanie przed tv i kompem i rodzice mają luzz 😉 odchodzi się od tego jak było dawniej bo czasy się zmieniają, np po porodzie matce dziecko się zabierało i przywoziło za parenaście godz i tylko co 3 h na karmienie, gdzie dzięki temu mało które było karmione piersiąc co za tym idzie więź bliskość o której się teraz tak mówi…ojciec przy porodzie? nawet na oddział nie mógł wejść, a za czasów naszych dziadków dzieci od 5-6 rż musiały pomagać na roli, naprawdę chcielibyście tamtych czasów? bo ja nie. Staram się nie popadać w skrajność, dlatego ja nie bronię się przewrócić, czy „nie biegnij bo się spocisz”, dotknąć spróbuj zobacz oparzysz się więcej nie dotkniesz 😉 nie wychowuje w sterylnym świecie, ale nie chce, żeby moje córki właśnie miały to co ja, klucz na szyi odgrzewany obiad, wiecznie sama w domu sama lekcje…teraz liczy się tylko konsumpcjonizm…i kolejna sprawa dlaczego tak teraz jest co raz więcej ludzi decyduje się na 1 dziecko…tak to chociażby w domu mają to podwórko 😉 Ja się staram jak pisałam wyżej nie popadać w skrajność i nie kupować na co mi dzieci „pierdną” spędzać czas, chodzić, kupiliśmy działkę co by mogły bawić się na trawie, w piachu, błocie, jadły owoce z krzaka itp. jeździmy na wieś do teściów, chodzić do lasu, moje córki (może dzięki temu tak rzadko mi chorują), często bawią się same wymyślając zabawy same się tworzą, daje im proste rzeczy jak np pudło kartonowe, albo z innych zabawek tworzą nowe udając, że to np kasa sklepowa, nie znają gier gdzie dzieci koleżanek rówieśnicy mojej starszej córki mają już swoje kolekcje i sami odpalają kompa żeby sobie pograć, a równolatki młodszej mają już swoje gierki na tabletach rodziców. Po prostu złoty środek na wszystko i umiar jest moim zdaniem kluczem nie wiem…zobaczymy co wyjdzie za 30 lat ;)jak oni bd wspominać swoje dzieciństwo i młodość 🙂 sorry za elaborat 😉
PS 😉 jeszcze bym dodała instytucje babci jako czynnik robienia z dzieci kaleki 😉 no bo wnuki wiecznie głodne, nie biegnij bo się spocisz, podważające autorytet rodziców i pozwalające wnusiom wejść na głowę a one mimo to nieba by przychyliły 😉
Jeszcze bym jedną rzecz dodała 😉 nie ma idealnych ludzi, a tym bardziej rodziców ani dzieci 🙂 Każdy ma prawo popełniać błędy i nasze dzieci też będą je popełniać jak i popełniali je nasi rodzice, a wcześniej dziadkowie. Wielu by się czepiło obrazka z podrzucanym dzieckiem na początku, nawet krążył taki obrazek po fb czego nie można robić, bo się może coś stać dziecku np podnosić za ręce czy podrzucać. To obecny świat kręuje nas jako rodziców i nasze dzieci trochę się trzeba dostosować, a trochę można przekazać swojej młodości. No i nie zrobić kaleki z dziecka w drugą stronę, że pójdzie między dzieci ludzi i nic nie będzie wiedziało jak ciele malowane. Trzeba wypośrodkować 🙂
Zuchu, dzięki za wstawienie filmu! Bardzo ciekawy i natchnął mnie do myślenia – jak to, kurcze, zrobić, żeby nie „ryzykować”, a jednak dać dzieciom tę szansę do nauki, niby prostych czynności, np. obsługi narzędzi, których umiejętność później zdecydowanie przełoży się na poczucie własnej wartości, poziom IQ/EQ, stosunki z innymi ludźmi i generalnie jakość życia i zadowolenie z niego. Cokolwiek ktokolwiek powie, nie zostawię ich samych na podwórku i koniec! Ale myślę sobie, że można wysłać z dziadkiem do jego warsztatu czy garażu czy z babcią do kuchni. Nie każdy ma tę możliwość, ale jednak wielu dziadków ma te swoje groty ze znajdowanymi na ulicach śrubkami, a babcie kuchnie pełne dziwacznych sprzętów do wszystkiego. Plan wakacyjny na ten rok to biwak. I mam skrytą nadzieję, proszę się nie śmiać, że czym skorupka za młodu… tzn., że jak dziecko zobaczy, że może stworzyć sobie na łonie natury „dom” od podstaw i że rodzice nie krzyczą, że zostaw, bo mi pobrudzisz kanapę, to będzie tam chętnie wracało lub chociażby zakoduje miłe wspomnienia kojarzone z wolnością, kreatywnością i innowacją. Pozdrawiam!
Wydaje mi się, że to my dorośli ulegliśmy masowej psychozie.
Jestem matką aktualnie 12-latka, który przeszedł przez wszystkie te niebezpieczne zabawy. Nie doczekał się tylko własnego scyzoryka, bo wiem że i tak przemyciłby go do szkoły a z tą instytucją mogłaby być gorsza przeprawa.
Gdy miał 6-7 lat sam chodził do pobliskiego sklepu.
Sklep wprawdzie nie był odległy, ale dwukrotnie trzeba było przekroczyć ulicę. Wiedziałam, że gdy idzie sam mogę być spokojna (oczywiście pierwsze wyprawy śledziłam z bezpiecznej odległości), gdy zamierzał wybrać się z kolegą zasady bezpieczeństwa musieli recytować przed wyjściem i mieli z tego frajdę. Wiedział, ze do jakiegokolwiek domu może wejść tylko jeśli ja o tym wiem – nawet gdy był to dom kogoś kogo zna i nigdy nie złamał tej zasady. Kilka razy go szukaliśmy, jak najbardziej nie dało się tego uniknąć – zawsze się znajdował pogrążony w świetnej zabawie, np na gruzowisku próbując budować z kolegą mur, w niedalekim barku na lodach (uroki małych miejscowości – mógł tam dostać lody „na zeszyt”), na starym parkingu – gdzie na rowerach robili sobie tory przeszkód i próbowali skakać przez garby i przejeżdżać po deskach.
Czasem też udziela mi się schiza. 2 lata temu byliśmy w Egipcie na przejażdżce quadami po pustyni. Ponieważ były to już konkretne maszyny, ja nie czułam się zbyt pewnie, dlatego pojechałam sama i poprosiłam, zeby z dzieckiem pojechał jeden z opiekunów, bo była taka opcja.
Po mniej więcej 5 minutach facet zamienił się z młodym i usiadł z tyłu. Po 10 minutach z tyłu siedział i miał ręce w górze a ja widziałam najszczęśliwsze dziecko na świecie. Bałam się jak cholera, ale na urodziny w prezencie wykupiliśmy mu godzinę na prawdziwym torze quadowym.
W ubiegłym roku byliśmy w Pradze. Po włóczeniu się po mieście siedliśmy wreszcie w jakieś kafejce, ale młody miał ochotę na pizze, a pizzerię mijaliśmy około pół godziny drogi z miejsca w którym siedzieliśmy.
Dla nas nie było problemu, żeby po nią poszedł. Inni rodzice patrzyli na nas jak na kosmitów (trochę już się do tego przyzwyczailiśmy) – wrócił z tą pizzą cały i zdrowy.
Pozwalamy mu zrobić ogień w kominku (pod okiem taty), czasem rąbią drewno.
W zasadzie obyło się bez większych uszkodzeń ciała.
Ze dwa razy mocno poodzierane kolana i łokcie na rowerze i drzazgi w rękach i nogach.
niestety wkracza w wiek naście i podobnie jak jego koledzy zaczyna toczyć życie towarzyskie w świecie wirtualnym.
Nie sposób ściągnąć kolegów do domy żeby pobawili się, czy też pobyli razem ze sobą.
Co gorsza, często gdy to proponuję, słyszę od syna ze kolegą rodzice nie pozwalają włóczyć się po domach
Ja doświadczenia z siekierą to mam takie – babcia mnie wysłała, żebym dołożyła do pieca. Zobaczyłam siekierę i stwierdziłam, że przerąbię drewienko. Dziecko z miasta, nigdy tego nie robiłam i TRZYMAŁAM DREWNO, oczywiście zajechałam się w palec, dobrze że na czubku i tylko trochę, ale kilka cm obok i może nie miałabym palca…teraz mogę powiedzieć, że nic się nie stało, ale bez palca pewnie mówiłabym inaczej 😉
Właśnie chodzi o to, zeby unikać takiego myślenia.
W Sylwestra pijany kierowca rozjechał ludzi idących przykładnie z dziećmi po chodniku.
Może po prostu nie na wszystko mamy wpływ – tylko uczmy odpowiedzialności. Bądżmy przy nim gdy bierze pierwszy raz nóż, żeby posmarować chleb, a później go ukroić.
Kiedy pierwszy raz podgrzewa parówki, albo smazy jajecznicę.
Metodą zostaw bo się skaleczysz zbyt wiele dziecka nie nauczymy
W rzeczywistości jestem za. Denerwuje mnie tylko porównywanie do dawnych czasów jednocześnie pokazując szkołę majsterkowania. Szkoła majsterkowania jest super! Ale z tego co mi się wydaje za czasów PRL nie było szkół majsterkowania, wiele dzieciaków latało samopas, szczególnie na wsi, zresztą i do dziś i wypadków było i jest wiele. Co innego pozwalanie na odrobinę samodzielności, nauka pod kontrolą. Jakoś samodzielna zabawa scyzorykami pod blokiem mi się w to nie wpisuje. Ale też różne dzieci są. Moja 2letnia córka jest np. ostrożniejsza niż mój 5letni syn…być może to ona pierwsza będzie rzucać nożami 😀
Tyle fajnych, rozsądnych tu wypowiedzi: o wrażliwości społecznej, kulturalności. Tyle zrozumienia, a gdzie Ci wszyscy ludzie są na co dzień? Ja jestem głęboko rozczarowana dzisiejszymi „dorosłymi”, agresywnymi staruszkami. Mam wrażenie, że aby przetrwać w dzisiejszej Polsce musisz być albo chamskim karkiem, albo pracować 12 godzin dziennie z 3 godzinnym dojazdem. Nawet w mikro społeczności – 10 sąsiadów na mojej małej ulicy- widać, że nikt o nic nie dba, ciężko się Państwu schylić po latające śmiecio- ulotki itd. itp…Cały przekrój roczników. Najwięcej 30 latków…….Na razie planuje wyjazd za granicę, nie chcę, aby mój syn wychowywał się w tej rzeczywistości, gdzie wrażliwość jest słabością, a cwaniactwo zaletą. Chce, żeby mógł „szlajać się” po podwórku, po parku, po terenie zielonym…we współczesnych osiedlach pod warszawskich i warszawskich tego nie ma. Nie ma wspólnej zielonej przestrzeni, nikt nie sadzi drzew (tylko odgradza się tujami). Chcę, aby policji „chciało” się mu pomóc, aby mógł się do nich zwrócić o pomoc, a oni byli mili i pomocni. Chcę żeby nikt nie rozjechał go swoim nowobogackim samochodem na pasach. Nie chce wybierać praca- godne życie – rodzina. Nie chce, żeby co dzień chodził na zajęcia dodatkowe do 20- dopóki nie wrócę z pracy, bo chodzą tam wszyscy, bo w szkole państwowej się nie nauczy….Nie chce żeby do Państwowego dermatologa czekał 9 miesięcy. Nie chcę, żeby była na nim presja studiowania, żeby potem mieć beznadziejną nisko płatną pracę. Jeśli chciałby niech studiuje etnografię, jeśli nie niech będzie elektrykiem, śmieciarzem…..ale każdy z tych zawodów będzie szanowany, płatny tak, aby móc mieć godne życie średniaka, którego stać na wakacje z rodziną…….Także tak….Chyba mam tu wątki pochodne….ale tak mi się ulało. Wierzę, że można wychowywać dzieci inaczej, spokojniej, tradycyjnej i można nie być nadopiekuńczym, tyle tylko, że nie w Polskiej/ Warszawskiej rzeczywistości. Tu nie ma miejsca dla dzieci. Już od początku masz do wyboru zaszczaną windę do przejścia przez ulicę, albo jej brak, za wąskie drzwi do sklepu i kilka schodków, brak przewijaka w restauracjach, dużych sklepach. Przejaw sympatii w rekcji na uśmiech dziecka i najsłodsze na świecie machanie ręką to poker face lub pytanie „czy mu nie zimno”….Brrrr i może właśnie tak w tym szarym, gburowatym grajdole rodzice chowają te swoje dzieci, żeby je przed tym ustrzec? I tak się toczy błędne koło….
Z większością się zgodzę, oprócz ostatniego zdania – ja raczej rzadko spotykam się z negatywnymi reakcjami na dzieci, a wręcz jestem coraz częściej zaskoczona tym, że młodzież odpowiada na zaczepki niemowląt, gdy jestem w ciąży lub z dwójką czy trójką na mieście ludzie są życzliwi, pomagają, przytrzymają drzwi, gdy mam dziecko w chuście – podniosą coś, jeśli mi spadnie, także starsze panie! Aha. I pisząc to sobie uświad0miłam – mieszkam pod Warszawą i wszystkie te uprzejmości spotykają mnie w tym podwarszawskim miasteczku na południu. Natomiast gdy jestem z dzieckiem w stolicy już jest gorzej, chociaż też zawsze się znajdzie ktoś kto pomoże wnieść wózek, ale w Warszawie rzeczywiście widać to że każdy żyje własnym życiem i swoimi sprawami, a tu – choć całkiem niedaleko już mentalność jest troszkę inna. Ostatnio zostałam przepuszczona w kasie, bo mi dziecko płakało. Z negatywnych reakcji to ostatnio w wakacje pamiętam, nad morzem – córa 2l. robiła histerię, bo kolejka po bułki była za długa, zniesmaczona starsza pani odwróciła się, staksowała nas wzrokiem i powiedziała morderczym tonem: „niech już pani podejdzie pierwsza, jak to tak ma być”. Wiem, że ryczące dzieci przeszkadzają – ale czy nikt na to nie wpadł, że mi też? Przecież ja też jestem człowiekiem, głucha nie jestem i tak jak każdy wolę spokój i ciszę i gdy moje (i wszystkie, cudze też) dzieci są zadowolone, uśmiechnięte i zgadzają się na wszystko…
Zuchu – Dzięki za tekst, wszystko to robiłem a jakże, grało się w noża, a dodam jeszcze że przecież stało się w kółku i rzucało się tuz koło swoich i innych stóp. Podpalałem, rozkręcałem co popadło i rzucałem oszczepem. Mam 31lat i pięcioletniego syna. Obiektywnie inteligientnego cudownego chłopaka ale jednak za bardzo chowanego pod kloszem. Taki tekst, a zwłaszcza film pomaga mi wracać do tego co ważne – ostrożności, zaradności, odwagi, poznania bólu, świata itd. itd.
co do przedmówców – owszem swiat się zmienił i zagrożenia sa nowe – nie wiem na ile będe w stanie przygotować moje dzieci na nie – pewno same się z nimi zetkną, ale czy nie chodzi o pokazanie i oswoienie z nimi i nim podstawowych elementów świata i życia? Scyzoryk czy obchodzenie się z zapałkami nie mają wiele wspólnego z tym co się może zdarzyć w dzisiejszej szkole czy ulicy – więc czemu pozbawiać dzieciaków tego co sami umiemy. W końcu jak będe stary i być moze niedołężny czy ograniczony fizycznie to liczę że moje dzieci mi pomogą 🙂
Mając 12 lat i robiąc swoje własne nunchaku, traktowałem to jako coś normalnego. Scyzoryki, dzidy, nunchaku, a nawet gwiazdki ninja. Potrafiliśmy za smyka iść do lasu z siekierą, żeby patyki na szałas narąbać. Aż zaczynam się zastanawiać jakim cudem przeżyłem.
Patrząc jeszcze wstecz, pokolenie moich rodziców skakało po rusztowaniach, nad 10 metrowymi przepaściami lub wykopywało naboje z ziemi. Idąc dalej, moja babcia bawiła się w rozwalanie naboi na różne sposoby. I jakoś wszyscy przeżyli.
Teraz dziecko ze scyzorykiem budzi grozę. Nasze wnuki będą pewnie jadły plastikowymi widelcami, jeśli świat dalej pójdzie w tym kierunku.
Podoba mi się ten artykuł, ale trochę brakuje mi podsumowania – rozwiązania, które Ty stosujesz.
Ja osobiście najczęściej pozwalam moim dzieciom (z tych zakazanych praktyk) rozwalać jakieś rzeczy. To pozwala im sprawdzać swoją siłę, celność i jednocześnie uczy, że budzik wcale nie jest łatwiej rozwalić młotkiem, niż piec gazowy.
Jeszcze w tym temacie, nie dość że przegrani to samotni!
Jako mama małego dziecka z wielkim zaciekawieniem przeczytałam Twój wpis. I muszę Ci powiedzieć, że czuję się dzięki niemu usprawiedliwiona, że żadna szuflada w naszym domu nie ma blokady uniemożliwiającej jej otworzenie przez naszą córeczkę (ma rok i 4 miesiące) 😉 A tak na serio bardzo dobry tekst, bardzo dobrze dobrany cytat i bardzo dobry filmik na koniec. Muszę poszukać anglojęzycznego wydania książki tego gościa, bo z przyjemnością ją przeczytam.
Zuchu, tyś poruszył temat, o którym ja chciałem gdzieś napisać już od dawien dawna. Dzięki.
Kurde, a ja wam powiem, ze to co przejawiacie jest typowym syndormem 'a za moich czasow….’ tylko inaczej wyrazone. To ze wasze dzieci nie bawia sie nozami, czy nie taplaja sie w blocie przez tyle godzin, co wy w dziecinstwie, nie znaczy, ze sa nieszczesliwe, idac tym tropem jakze szczesliwi byli nasi dziadkowie, ktorzy najpierw strugali sobie szachy by potem nimi moc grac… litosci….
Po pierwsze czasy sie zmienily, ja tez nie rozwiazuje krzyzowek, nie czytam namietnie harlequinow jak moja matka w moim, bo wole czytac blogi i pudelki. Stad tez rodzi sie druga kwestia, poniewaz my wolimy czytac blogi, pisac maile, sprawdzac fejsa, ewentualnie looknac fejsa, podsuwamy dzieciom 'bezpieczne aktywnosci’ tak by nie musiec ich dogladac: kola zainteresowan, brak nozy, kompy, tablety i inne takie. Obawy o zycie dziecka byly takie same i sa, ale wyzsza swiadomosc dziala na wyobraznie bardziej. Zapewniam, ze w rodzinach gdzie w ogole ogolnej swiadomosci brak, dzieci an podwrokach nadal bawia sie nozami….
A może to, że nasi rodzice dawali nam swobodę powoduje, że kiedy już mamy dzieci chcemy im poświęcać maks czasu?
I potem te dzieci będą bardziej liberalne 😉
Nie wiem, ale może tak być 🙂
Świat bywa niebezpieczny. Masz 20+ lat i napada cię 2 kolesi za kolor spodni….więc? I nie zawsze jesteś gotowy…
Hej Maćku, a potem z takich zamkniętych w domach dzieciaków, rosną małe grubaski. Napisałem o tym kilka słów, między innymi zainspirowany Twoim wpisem.
http://www.rowerowe-porady.pl/grube-dziecko-to-twoja-wina/
Jak miałam ze 4/5 lat, mama wysyłała mnie do sklepu.
Jakiś kilometr od domu.
Zasada była prosta – idę prosto do sklepu, daję portfel i kartkę z listą zakupów sprzedawczyni, ona wkłada paragon i resztę do portfela, a mama w domu sprawdzała czy hajs się zgadza.
I było ok. Nie umarłam. Nikt mnie nie porwał. I nawet jakimś cudem nie przyszło mi do głowy żeby zbaczać z trasy.
A teraz? Mam znajomych, którzy boją się wypuścić 5letnie dziecko na podwórko, bo „jeszcze sobie furtkę otworzy i wybiegnie na ulicę i go samochód przejedzie”. Na furtce można zamontować jakiś sprytny pierdolnik, żeby nie mógł otworzyć. A samochody? Na osiedlu, gdzie jest ograniczenie do 30 km/h?
Świat zmierza w jakąś dziwną stronę, mówię wam.
Mam trochę inne spostrzeżenia. Mieszkam na starym mieście średniej wielkości miasta. I codziennie widzę całe hordy kilkuletnich dzieci. Często mających pod opieką maluchy. I robią dokładnie to samo, co ja w ich wieku. A nawet chyba więcej, bo ja (rocznik 85) miałam ograniczoną wolność do podwórka. A oni chodzą wszędzie, grają w piłkę pod ratuszem, próbują wspinać się na pomniki. W pobliskim sklepie kilkuletnie dzieci robiące zakupy są czymś normalnym. Te wszystkie klosze są widoczne w innych warstwach społecznych. Mam znajomych, których 7-letni syn nigdy nie wyszedł sam nawet na ogrodzony plac zabaw pod apartamentowcem. Za to chodzi (a raczej jest wożony) na tryliard zajęć dodatkowych.
Generalnie się zgadzam z sensem wpisu, ale:
Po pierwsze nie przesadzałbym z tym „Zachodem” – USA to jeszcze nie cały „Zachód”, a to akurat o tamtej rzeczywistości jest film. USA jest wręcz przysłowiowe jeśli chodzi o podejście do dzieci, nie tylko jeśli chodzi o „nadopiekuńczość”, ale też np. o projektowanie dzieciom życiowej kariery już na etapie przedszkola. To właśnie stamtąd pochodzą określenia „helicopter parents” czy „curling parents”.
Jednak w innych krajach bywa zupełnie inaczej. Czytam właśnie świetną książkę „W Paryżu dzieci nie grymaszą”, której autorka porównuje amerykańskie oraz francuskie podejście do wychowywania dzieci. I np. podejście francuskie jest bardzo sensowne – rodzice uczą dziecko samodzielności w zasadzie już od pierwszego dnia życia, od samego początku traktują je również „poważnie” (czyli np. zakładają, że można mu pewne rzeczy wytłumaczyć i wytyczyć granice których zdolne będzie przestrzegać). Uważają też, że pewna doza frustracji jest niezbędna do prawidłowego rozwoju – dziecko powinno się nauczyć nie tyle jak unikać przykrych zdarzeń/sytuacji, ale tego jak sobie z tymi sytuacjami radzić
Dlatego np. francuskie niemowlaki przesypiają noce po 2-3 miesiącach życia, podczas gdy ich amerykańscy rówieśnicy po roku lub później. Francuskie dzieci nie robią też scen w supermarketach, nie domagają się wszystkiego natychmiast itd., itp.
Druga rzecz, to powód, dla którego bawiliśmy się w te wszystkie „niebezpieczne zabawy”. To nie dlatego, że nasi rodzice mieli sensowniejsze podejście do życia, ale dlatego, że:
a) po prostu nie było innych zabawek (ew. drewniane klocki)
b) rodzice często puszczali dzieci w samopas a sami szli do pracy (hasło: „dziecko z kluczem na szyi”)
Być może część „nadopiekuńczości” bierze się z tego, że obecni rodzice pamiętają jeszcze te czasy, kiedy sami biegali „z kluczem na szyi” a zabawkami było przede wszystkim to, co dało się znaleźć na podwórku.
I zwyczajnie chcą tego swoim własnym pociechom oszczędzić – być może czasem przesadzając w drugą stronę.
No i jednak pozostajemy pod dużym wpływem kultury amerykańskiej, co przekłada się też na podejście do dzieci.
Mnie osobiście bardzo podoba się podejście „francuskie” i takie staram się realizować.