Obserwując moje coraz starsze już dzieci i ich zmagania związane ze środowiskiem rówieśniczym zaczęłam się poważnie zastanawiać nad rolą i miejscem kolegów i koleżanek w ich życiu. Aspekt ten bardzo wyraźnie dostrzegam także w mojej pracy każdego dnia przebywając z nastolatkami i rozmawiając z nimi.
Oprócz moich własnych obserwacji inspiracją do podzielenia się kilkoma luźnymi refleksjami dotyczącymi tego ważnego pytania były dla mnie przemyślenia po lekturze książki pt. “Więź” dr. Gordona Neufelda, którą szczerze polecam każdemu kto chciałby jeszcze bardziej pogłębić temat.
Zacznę od banalnego stwierdzenia
Koledzy i koleżanki są bardzo ważni w życiu naszych dzieci i mają na nie wpływ. Przypominam sobie swoje własne doświadczenia w tej materii ze szkoły podstawowej i liceum – na każdym z tych etapów więzi z rówieśnikami były dla mnie źródłem wielu emocji oraz motorem do podejmowania decyzji (nieraz bardzo głupich). Wpływ ten bardzo się nasilił mniej więcej w czternastym roku życia i wygenerował bardzo wiele problemów, z którymi później musiałam się zmagać.
Okres nastoletni był dla mnie wielką ucieczką od świata dorosłych, którym pogardzałam i który wydawał mi się zupełnie nieinteresujący. Dom i rodziców traktowałam jako źródło pożywienia i miejsce do spania, najważniejsi byli dla mnie przyjaciele, subkultura i to co się działo poza domem. Nie przypominam sobie, żebym miała zaufanie do któregokolwiek z moich nauczycieli czy innych osób dorosłych w moim otoczeniu.
Wtedy wydawało mi się to dobre i słuszne, dzisiaj patrząc z dystansu na to, jak wybory wtedy podjęte zadecydowały o całym życiu niektórych moich znajomych oraz jak nietrwałe okazały się te przyjaźnie, zaczęłam się zastanawiać nad sensem tak dużego emocjonalnego zaangażowania w środowisko rówieśnicze i nad jego wartością. Zastanawiam się po prostu czy i jak wpływać na tą sferę życia moich dzieci.
Obserwacja i doświadczenie
Dużym polem obserwacji są dla mnie również doświadczenia zawodowe. Podczas lekcji i przerw mogę na żywo uczestniczyć w życiu nastolatków i widzę jak bardzo zależy im na byciu w grupie. Często te relacje są ważniejsze niż wszystko inne mimo tego, że nie są one głębokie, a przede wszystkim są pozbawione szczerości.
Podobnie jak kiedyś największym szacunkiem wśród nastolatków cieszą się jednostki niepokojąco beznamiętne i niewrażliwe, które swoją postawą deklarują, że mają wszystko gdzieś i generalnie niczym się nie przejmują. Jest to rodzaj gry, kamuflażu, którego celem jest obrona przed zranieniem. Dzieci często ukrywają swoje emocje przed rówieśnikami, by uniknąć narażenia się na kpiny i atak.
W środowisku nastolatków ryzykiem jest pokazanie swojej prawdziwej twarzy, doznane upokorzenia bolą w takiej sytuacji za bardzo. Dlatego mądry nauczyciel musi stworzyć bezpieczny klimat, w którym można swobodnie ujawnić swoje emocje. Dosyć często do mojej szkoły trafiają dzieci totalnie poranione przez rówieśników, statystycznie jest to jeden z najczęstszych powodów podejmowania przez rodziców decyzji o przenosinach do prywatnej placówki.
Bywa że dzieci spotykają się z niebywałym okrucieństwem psychologicznym ze strony kilkuletnich rówieśników i to odrzucenie ma trwałe skutki dla ich życia.
Szkoły i przedszkola przejęły ciężar rozwoju emocjonalnego dzieci
Koledzy i koleżanki są niezwykle istotni jeszcze z jednego powodu. Jednym ze skutków przemian ekonomicznych w drugiej połowie XX wieku jest fakt, że nasze dzieci wcześnie są stawiane w sytuacji, w której większość dnia spędzają z rówieśnikami. Zarówno w przedszkolu Hani jak i w szkole Szyma nierzadko dzieci spędzają czas od 7 do 17 ze względu na konieczność dowozu i odbioru przez rodzica i brak możliwości samodzielnego powrotu do domu.
Zatem duża część ich emocjonalnego rozwoju odbywa się podczas pobytu w placówce edukacyjnej – pod wpływem rówieśników i nauczycieli. Osobiście nie uważam, że praca obydwojga rodziców jest krzywdząca dla dzieci, sama nie wyobrażam sobie innej sytuacji życiowej i nigdy nie rozważałam wariantu zajmowania się zawodowo domem.
Miałam komfort “żonglowania” godzinami pracy przez kilka lat pracy wykładowcy co pozwoliło mi dzięki niewielkiemu wsparciu babci i opiekunki posłać moje dzieci do przedszkoli, gdy ukończyły 3 lata, ale zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy rodzice mają takie możliwości i często dzieci zaczynają uczęszczać do placówek edukacyjnych w drugim roku życia.
Nie neguję takiej sytuacji, zastanawiam się jedynie nad wpływem rówieśników na dziecięce emocje i nad tym co ja jako rodzic mogę z tym zrobić (i czy powinnam coś z tym robić).
Natura nie znosi próżni
Według Gordona Neufelda sednem sprawy nie są przemiany społeczne, ale fakt, że ich skutki nie zostały przez nas rodziców zrekompensowane. W sytuacji wytworzenia się pustki emocjonalnej dziecko musi ją sobie wypełnić, a relacja z rówieśnikiem jest przecież czymś co nasze społeczeństwo dało mu na wyciągnięcie ręki.
Rodzic musi walczyć o to, żeby jego wpływ na dziecko był dominujący. I musi to sobie głośno powiedzieć – powinienem być ważniejszy niż koledzy i koleżanki. Problemem nie jest to, że rówieśnicy mają wpływ na nasze dzieci, problemem jest to, że stają się dla nas konkurencją, z którą przegrywamy. Pustki więzi są niebezpieczne ze względu na bezkrytyczność cechującą dziecięce wybory.
Pamiętajmy, że rówieśnik nie jest osobą dojrzałą pod żadnym względem, trochę tak jest w tym układzie, że głupi prowadzi głupiego (co oczywiście nie znaczy, że wszyscy dorośli są mądrzy i odpowiedzialni, ale załóżmy, że ciut mądrzejsi od przeciętnego 10-latka). Niektórzy uważają, że to naturalne, iż dziecko usamodzielnia się poprzez relacje z kolegami i odcina pępowinę i że ten nastoletni bunt to coś oczywistego.
Neufeld się z tym nie zgadza z prostego powodu – zauważmy, że dziecko wcale nie buduje swojej odrębności i wyjątkowości, ale zaczyna bezkrytycznie i obsesyjnie kopiować wzorce rówieśnicze, tym samym nie staje się kimś unikalnym, ale raczej za wszelką cenę próbuje się wtopić w kolejną, konkurencyjną dla rodziców, grupę.
Co możemy zatem zrobić jako rodzice by być ważniejsi od kolegów? Poniżej siedem wybranych przeze mnie porad zawartych w książce “Więź”:
- Wykorzystujmy w pełni czas, jaki spędzamy z dziećmi w myśl zasady, że oprócz ilości liczy się jakość. Dobrze i intensywnie wykorzystane pół godziny w ciągu dnia może być istotniejsze niż pół dnia w domu z rodzicami, którzy są emocjonalnie niezaangażowani.
- Rozmawiajmy z dziećmi jak najwięcej i jak najczęściej. Podejmujmy wysiłek zgłębienia ich świata i poznania je takimi, jakie są naprawdę. Pytajmy o uczucia i emocje.
- Nie korygujmy bez przerwy dziecięcych zachowań. W naszych relacjach muszą dominować pozytywy, zauważajmy nawet drobne powody do zachęty i pochwały.
- Nie zaniedbujmy fizycznej bliskości. Dziecko w każdym wieku, również nastolastek, też potrzebuje przytulania rodzica i poczucia bycia przez niego kochanym.
- Kontrolujmy czas po szkole, jaki nasze dzieci spędzają z rówieśnikami, w tym czas spędzany online. Dbajmy o zdrową równowagę i bądźmy na bieżąco z wydarzeniami w ich życiu.
- Poznawajmy przyjaciół naszych dzieci, zapraszajmy ich do domu i spędzajmy z nimi czas na rozmowach czy wspólnych posiłkach. Niech ci ważni dla naszych dzieci ludzie będą nam dobrze znani.
- Nigdy nie negujmy szczerości i wrażliwości. W naszym domu powinna panować atmosfera otwartości i zrozumienia dla uczuć. Dajmy odczuć naszym dzieciom, że są dla nas bardzo ważne i że my również powinniśmy być dla nich bardzo ważni.
Podejście prezentowane przez dr. Neufelda okazało się mi bardzo bliskie i spójne z wnioskami, jakie wcześniej podsuwały mi własne doświadczenia. Wierzę, że może okazać się ono przydatne również dla mnie jako rodzica i moje dzieci unikną walki o bycie w środowisku rówieśniczym za wszelką cenę. I że nie będą obsesyjnie szukały miłości i akceptacji ze strony kolegów. Bo będą wiedziały, że miłość i akceptacja w domu są solidnym i niezniszczalnym fundamentem.
Fajny wpis.
Niestety nie zgadzam się z punktem 1 i 5. Jako rodzić moge to powiedzieć z wlasnej autopsji.
Ad1. Liczy się ilość czasu a jakość może przyjść póżniej. To jest wielkie kłamstwo liberalnego/materialnego świata: liczy się jakość. Wielka nie prawda(aż chce mi się krzyczeć). Powoduje to wyścig rodziców w celu zapewnienia jak najlepszegop czasu z dziećmi. I ten wyścig zabija przyjemność bycia z dziećmi. Oczywiście nie można przeginać w drugą stronę.
Ad5. Nie kontroluj czasu jaki dzieci spędzają z innymi. Miej wiedzę gdzie są i z kim ale nie kontroluj. Daj im wolność wyboru i popeplniania błędów. Takie dzieci bardzo szybko nauczą się uciekać w świat virtualny bo tam nie ma rodziców. Popularność faca/snapchata/tweetere/itp jest pochodną kontroli w realnym świecie. I pożniej jest użalanie się rodziców o uzależnienie się dzieci od applikacji.
Rozumiem Twój punkt widzenia. Chciałabym jednak dojaśnić punkt 1. – wielu rodziców spędzających czas w domu myśli, że to wystarcza za wszystko. Pamiętam z mojego dzieciństwa wiele matek, które były cały dzień w domu i w ogóle nie poświęcały czasu na rozmowę czy zabawy z dziećmi. Tak samo ojców, którzy po pracy zajmowali się oglądaniem telewizji i czytaniem gazety. Teoretycznie ich dzieci były z nimi w domu od 14, kilka godzin dziennie, a w praktyce nie spędzały z nimi w ogóle żadnego czasu. Stąd mowa o jakości, co nie znaczy że neguję ilość. Obydwa aspekty muszą iść w parze. Co do punktu 5. – może słowo kontrola nie oddało dobrze tego co chciałam przekazać. Chodziło mi właśnie o wiedzę gdzie są i z kim. To jest taka zdrowa kontrola nad tym co robi nasze dziecko. Nie chodzi mi o nadopiekuńcze stanie nad dzieckiem i kontrolowanie jego każdego kroku. Jestem gorącą zwolenniczką dawania dzieciom przestrzeni dokonywania wyborów i popełniania błędów (vide moje poprzenie wpisy). Pozdrawiam 😉
Ależ oczywiście, że liczy się jakość. Tyle że w przypadku relacji
międzyludzkich jakość jest stricte subiektywna, a to, o czym piszesz,
czyli rywalizowanie oznacza przyjęcie kryteriów zewnętrznych, które mogą
być w ogóle nieadekwatne do sytuacji. Kontakty, o których piszemy,
muszą być w ten, czy inny sposób przyjemne dla wszystkich stron, a więc
jeżeli z jakiegoś powodu (np.: takich, o jakich piszesz) kontakt nie
jest przyjemny, wówczas jego jakość jest niska. Próba narzucania dziecku
jakichś zachowań może zostać odebrana nie jako „spędzanie czasu z
rodzicami”, a kolejne zajęcia lub obowiązki.
Nawiasem mówiąc,
jednym z utylitarnych powodu budowy więzi między rodzicami a dziećmi
jest lepsze wzajemne poznanie, które pozwala dobrać metody spędzania
czasu – kiedy rodzic wie, czym dziecko się interesuje, jak lubi spędzać
czas albo co chce robić, ale nie jest w stanie zrobić tego samodzielnie,
duzo łatwiej jest mu dobrać odpowiednie działania. A jeśli przy okazji
dziecko będzie mogło się czegoś nauczyć, tym lepiej.
Ja od małego zawsze dużo czasu spędzałam z rodzicami i poznawałam ze wszystkimi moimi przyjaciółmi, co skutkuje tym, że wszyscy bardzo lubią moich rodziców.
I świetnie 🙂 Dziś u mojej Hani jest koleżanka, więc dwie sześciolatki na chacie i trochę mi mózg eksploduje 🙂 ale się staram uśmiechać 🙂