ZUCH Jak być facetem: tatą, mężem i geekiem naraz ✍ blog i komiksy
  • blog
  • komiks biurowy
  • komiks rodzinny
  • wideo
  • o mnie
  • współpraca/kontakt
  • portfolio
  • blog
  • komiks biurowy
  • komiks rodzinny
  • wideo
  • o mnie
  • współpraca/kontakt
  • portfolio

Czy powinniśmy kazać dziecku chodzić do kościoła

09/04/2017  |  By ZUCH In Zuchbiektywnie
chodzic-do-kosciola_TM
Obserwuję od dawna dwa trendy. Jeden ubezwłasnowolnia dzieci, całkowicie podporządkowując ich wolę woli rodziców, a drugi przypisuje dzieciom jakąś niesamowitą umiejętność w samostanowieniu o sobie. A ja jestem pośrodku i to bynajmniej nie dlatego, że nie mam zdania. Zdanie mam i to stanowcze.

Ale zanim o moim zdaniu, to przyjrzyjmy się tym dwóm trendom.

Musisz

Mamy w Polsce tradycję chodzenia do kościoła, uległości wobec kleru. Chodzi się do kościoła, bo wszyscy chodzą, poza tym lepiej chodzić, bo Bozia będzie zła. Oczywiście świadomie hiperbolizuje, bo to krótki wpis na blogu, a nie naukowy elaborat. Z tego chodzenia do kościoła zwykle nic nie wynika. Ludzie nie żyją Słowem Bożym na co dzień – tu nie trzeba wnikliwych analiz socjologicznych, wystarczy się rozejrzeć. Jest kilka przyczyn, myślę że głównie są to uczynkowe podejście do religii i brak znajomości Biblii. Przez uczynkowość rozumiem wypełnianie rytuałów tak jakby się zbierało punkty do pójścia do nieba. Tak jakby niedzielna wizyta w kościele dawała tyle punktów, że niweluje fakt, że przez resztę czasu jesteśmy zwykłym złośliwym chamem. Gwoździem do trumny jest nieznajomość Biblii. To tak jakby być adwokatem i nigdy nie przeczytać kodeksu karnego, nie mówiąc już o tym żeby go znać i rozumieć.

Zatem chodzimy bo chodzimy, nie za bardzo wiemy po co. Można posunąć się dalej i samemu nie chodzić, ale posyłać dzieci. To już jest jakieś kuriozum. Tu na tacy daję poradę: jeśli chcesz zniechęcić dziecko do chodzenia do kościoła, to zmuszaj je, żeby tam chodziło.

Nie musisz

Z drugiej strony mamy trend liberalny, w sensie „niczego nie narzucam”. Mamy też trend szlachetnie liberalny, że nawet deklarujemy, że dziecko „będzie mogło sobie wybrać religię samo”. No proszę Was. To tak jakbyśmy byli w antycznej Grecji i mieli panteon różnych bogów i sobie powybieramy. Tak jakby to była jakaś gra. To światopogląd traktujący religię jak pustą wydmuszkę, t-shirt, który można sobie wybrać i zmieniać w zależności od widzimisię. Inna sprawa, że religia często właśnie taką wydmuszką jest. Ten trend ma taką filozofię, że jesteśmy tacy liberalni, że nie narzucamy dziecku światopoglądu. Co jest bzdurą i robi brzydką rzecz z logiki.

Każdy z nas ma swój światopogląd. Są one oczywiście różne, jedne bardziej wyraziste i określone, a inne mniej, ale są. Nasze światopoglądy są naszym stylem życia. Nawet jeśli coś deklarujemy, a żyjemy inaczej, to w całości składa się to na nasz światopogląd wyrażany stylem życia. W ten sposób ZAWSZE narzucamy nasz światopogląd dzieciom. Narzucamy nasze przekonania. Jedni narzucają to, że trzeba chodzić do kościoła, a inni narzucają to, że powinno się wybrać samemu. Ale dając dziecku wybór, de facto nie dajemy mu tego wyboru, bo narzucamy mu przymus wybierania. A możliwość wyboru wcale nie musi oznaczać wolności. Zresztą temat wolności i samostanowienia o sobie, jest tematem bardzo skomplikowanym i filozofowie zmagają się z tym od wieków tworząc wiele różnych teorii wolności.

Podobnie każdy z nas w coś wierzy. Jedni wierzą w to, że Bóg jest, inni wierzą w to, że Boga nie ma. Nie ma naukowych dowodów na żaden z tych poglądów, zatem wszyscy jesteśmy wierzący.

Czy powinniśmy kazać dziecku chodzić do kościoła?

Wróćmy jednak to pytania, które jest tytułem tego tekstu: czy powinniśmy kazać dziecku chodzić do kościoła. Na to pytanie mam taką odpowiedź – NIE. Nie można kogoś zmuszać do chodzenia do kościoła. Nie można kogoś zmuszać do wiary, bo to jest niemożliwe. Nie da się zmusić do miłości. Możesz co najwyżej wepchnąć dziecko w pustą formę, która przyniesie jedynie zniechęcenie. Ok, zamiast teoretyzowania mogę Ci powiedzieć jak to jest u mnie.

Ja jestem wierzącym chrześcijaninem. Trochę nietypowym jak na polskie realia, bo jestem protestantem. Chociaż nie lubię tak denominować. Poprzestańmy na tym, że jestem chrześcijaninem. Nie jestem religijny, bo uważam, że im więcej religii tym mniej relacji z Bogiem. A podstawą wiary powinna być właśnie ta relacja. Czytam Biblię regularnie – w sensie, że codziennie, a nie że regularnie raz na pięć lat. Czytam nie dlatego, że ktoś mi każe, tylko dlatego, że chcę, bo muszę rozumieć. Biblia jest jedynym zapisem Słowa Bożego, a zatem jest moim jedynym przewodnikiem – sola scriptura. Bóg nie jest niedzielnym dodatkiem do mojego życia – On jest moim życiem. Chodzę też do kościoła. W zasadzie określenie budynku jako kościół jest dość niefortunne, bo błędne. Kościół – wg Biblii – to zgromadzenie wierzących (ekklesia z greckiego – zgromadzenie). Ale do rzeczy – do kościoła chodzę, nie po to żeby odklepać obowiązek (bo takiego obowiązku nie ma). Chodzę, żeby spotkać się z przyjaciółmi (bo wspólnota musi mieć relacje), wspólnie się modlić (bo „Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię, tam jestem pośród nich” – Mt 18,20) i słuchać kazania, czyli wykładni pisma. Zresztą kazanie zdarza się i mi poprowadzić. Spotykamy się też w tygodniu, żeby studiować Biblię, ale też prywatnie, na obiad, w knajpie, żeby pograć w paintball, itp.

Mój światopogląd

Piszę to dlatego, żeby pokazać mój światopogląd, mój styl życia, bo w nim są moje dzieci. Niedzielne nabożeństwo jest normalną częścią naszego tygodnia. Dzieci chodzą chętnie. Mają tam swoich kolegów i koleżanki, mają szkółkę niedzielną dostosowaną do ich poziomu i wspólnie się bawią.

Chcę żyć tak, żeby one wiedziały, że to dobre. Nie dlatego, że ja tak mówię, tylko dlatego, że faktycznie tak jest. Chcę żeby widziały moją relację z Bogiem i żeby widziały jak to na mnie i na nich wpływa. Wtedy nie będę musiał im kazać chodzić do kościoła, wtedy one nie będą musiały chodzić do kościoła. Będą chciały.

pozdrawiam
ZUCH

PS – poproszę o zachowanie kultury w komentarzach i uszanowanie odmiennego zdania rozmówców.

Cześć! Podobał Ci się tekst? Znalazłeś tu ciekawą radę, albo dobrą rozrywkę? Świetnie, staram się żeby mój blog był wartościowym miejscem. Jeśli chcesz, możesz mi się odwdzięczyć i „postawić mi kawę” 🙂

Postaw mi kawę na buycoffee.to

  • About
  • Latest Posts
ZUCH
Obserwuj
ZUCH
Szef i projektant at BUKEBUK – Self-publishing
Maciej Mazurek – prywatnie mąż Karoliny oraz tata Szymona, Hani i Adasia. Zawodowo od zawsze związany z projektowaniem graficznym i mediami społecznościowymi. Właściciel i projektant w BUKEBUK (gdzie wspiera autorów książek), wykładowca w Collegium Da Vinci, współorganizator Influencers LIVE Wrocław i Influencers LIVE Awards ekspert Polskiej Komisji Akredytacyjnej, członek Rady Doradczej Rodziców instytutu badawczego NASK. Uwielbia kawę, fantastykę, sztukę, filozofię, media społecznościowe i granie na konsoli po nocach. Bloguje od stycznia 2009 roku.
ZUCH
Obserwuj
Latest posts by ZUCH (see all)
  • „Zgrana Paczka” – gra na warsztaty - 20/04/2026
  • Scrabble – ta klasyka się nie starzeje - 30/03/2026
  • AI w szkole niszczy samodzielne myślenie uczniów - 02/03/2026
Previous StoryNajważniejsza rzecz, której dowiedziałem się gdy zacząłem robić obiady
Next Storyzdrowe cukierki vs. niezdrowe warzywa

42 komentarze

  1. Tomasz | Tasty Way of Life 09/04/2017 Odpowiedz

    Zuchu, gratulacje za to że podzieliłeś się swoim prywatnym świadectwem. Mam wrażenie, że wiara to teraz trochę temat wstydliwy, szczególnie dla „miastowych”. Bo czy to jest cool i trendy w towarzystwie, nawet jak jest dla mnie osobiście ważne? Albo za bardzo kojarzy się z jakąś opcją polityczną, z którą nam nie po drodze? Może to z tego wstydu albo niezręczności bierze się trend liberalny w stosunku do dzieci?
    W każdym razie pełna zgoda, że osobisty przykład jest więcej wart niż „kazania”.

    • ZUCH 10/04/2017 Odpowiedz

      myślę, że jednak nie wstyd przed wiarą, a hipokryzja wierzących, czy może raczej „wierzących” jest najbardziej odpychająca.

    • Mifczu 10/04/2017 Odpowiedz

      Tu nie chodzi o wstyd czy temat cool i trendy. On jest po prostu drażliwy. Bo mamy XXI wiek wiemy jak zbudowany jest człowiek, jak powstały gatunki, jak kształtowała się ziemia. Wiemy coraz więcej o tym co nas otacza. Nauka składa się w logiczną całość, jedno wynika z drugiego. Nie musimy sobie tłumaczyć wszystkiego legendami i historiami. Sam nie chodzę do kościoła więc i nie wysłałem swoich dzieci na religie i do kościoła (co było szokiem dla moich teściów). Ale ludzie wysyłają dzieci do kościoła z różnych powodów. Najczęstszy to jednak obawa o wykluczenie ich dziecka w gronie rówieśników. Uważam, że to beznadziejny argument. Jeśli dziecko potrafi się odnaleźć wśród rówieśników to sobie poradzi a jak nie to wysłanie go do kościoła nic nie zmieni. Oczywiście nie o to chodzi by teraz dyskutować o religii czy ona ma sens czy nie. Wielu ludziom pomaga w dobrym samopoczuciu więc spoko. Ale przez cały okres edukacji będzie się uczyć by podważać wszystko i szukać dowodów. A to jednak zaprzeczenie wiary.

      • eRIZ 11/04/2017 Odpowiedz

        Ale czemu rzekomo nauka miałaby przeczyć temu, że Świat został przez kogoś stworzony, a nie tylko wypadkowa „Wielkiego Wybuchu”? Wielu z uznanych naukowców w końcu trafia na moment, w którym bardzo poważnie rozważają początek wszstkiego w kontekście Boga.

        A co do tematu wstydliwego, to cóż – uważam, że jest to problem braku jaj i wygodnictwa. Że wyśmieją, że piątki są dla mnie koszerne. Że nie śpię z dziewczyną przed ślubem. Że nie zrobię czegoś, gdyż przeczy to moim wartościom.

      • kuba nad 11/04/2017 Odpowiedz

        Mifczu.
        „Nie musimy sobie tłumaczyć wszystkiego legendami i historiami.”
        Racja.
        (1) Jezus z Nazaretu żył na prawdę, co więcej (2) umarł na krzyżu a do tego (3) nie było jego ciała tam gdzie Go pochowali (**i nie mówię o zmartwychwstaniu – po prostu go nie było. Ja osobiście wierzę że właśnie zmartwychwstanie jest wyjaśnieniem tego faktu**). Są to fakty historyczne a nie legendy.
        Co do (1) i (2) nawet historycy ateiści nie mają najmniejszej wątpliwości. Punkt (3) w zasadzie również jest praktycznie nie podważalny. I możesz to sprawdzić biorąc pod uwagę nie tylko Biblię ale też inne źródła historyczne. Są to po prostu fakty – a nie legendy… Sprawdź również jak historycy decydują czy coś jest faktem czy czymś w stylu „może tak a może nie”.

        „Bo mamy XXI wiek wiemy jak zbudowany jest człowiek, jak powstały gatunki, jak kształtowała się ziemia. Wiemy coraz więcej o tym co nas otacza. ”
        Co do nauki. Jest jeszcze wiele tematów o których nie mamy pojęcia (**jak narazie wiemy z czego składa się zaledwie ~5% masy we wszechświecie…**). A poza tym nawet Wielki wybuch jest za stworzeniem. Bo z niczego, nic nie powstaje. A mówi się że przed wielkim wybuchem nie było niczego. Wszystko co widzimy ma swoją przyczynę. Biorąc pod uwagę prawa logiki dochodzimy do wniosku że przyczyną wielkiego wybuchu musi być „coś” poza czasem i poza wymiarami które znamy — ponieważ zarówno czas i przestrzeń zaistniały wraz w Wielkim Wybuchem. Ta przyczyna musi być zatem albo czymś abstrakcyjnym jak np. liczby, lub być osobowym i inteligentnym Stwórcą który jest poza czasem i przestrzenią. Jak dotąd liczby (coś abstrakcyjnego) niczego nie stworzyły. Czyli osobowy, inteligentny Stwórca jest logicznym wyjaśnieniem tego że z niczego powstało wszystko… Dzięki teorii wielkiego wybuchu wiemy że wszechświat ma 13 mld lat – czyli? Ma początek… (Księga Rodzaju 1:1). Nie chcę tutaj mówić, że Biblia jest książką naukową (**chociaż jest dużo miejsc gdzie jest bardzo precyzyjna co do najnowszych faktów naukowych z kosmologii czy medycyny**) i nie jest jej głównym celem przekazać JAK się tutaj znaleźliśmy (**np. mamyematyczny opis okresu inflacji po Wielkim wybuchu, czy szczególnej teorii względności czy nawet dokładny opis mikro czy makro ewolucji**) tylko PO CO tutaj jesteśmy, jaki jest cel życia i to że Bóg chce mieć z nami osobistą relację i że dzięki Jezusowi mamy do niego otwartą drogę.

        „Ale przez cały okres edukacji będzie się uczyć by podważać wszystko i szukać dowodów. A to jednak zaprzeczenie wiary.”
        Dowodem samym w sobie jest całe stworzenie (**np. to że wszechświat jest płaski i że stałe fizyczne [stała grawitacji, masy protonu i elektronu, stała Plancka i wiele wiele wiele innych] są po prostu PERFEKCYJNIE dobrane co jest wręcz NIE-MO-ŻLI-WE – sprawdź Fine-Tunining problem**). A podważanie i szukanie prawdy jest jak najbardziej sensowne i dobre – jeśli się nie mylę to nie ma dwóch prawd. I nie zgadzam się aby to było zaprzeczeniem wiary – wiara składa się z wielu czynników – i tak, jest w tym wszystkim również czysty akt zawierzenia (również na podstawie dowodów).
        Jeśli wierzysz że Boga nie ma: oznacza to że już nie szukasz na to dowodów? Byłoby to trochę naiwne i wielu ludzi zostaje z własnej wygody w swojej ignorancji.

        Pozdrawiam serdecznie,
        Kuba

        • Mifczu 11/04/2017 Odpowiedz

          @kubanad:disqus na prawdę nie wiem czy jest sens ciągnąć temat. Bo ty zapewne się już zabetonowałeś na swoim stanowisku a ja na swoim. Ani ja ci nie przedstawię dowodów na brak Boga ani ty mi nie przedstawisz dowodów na jego istnienie. Temat ten jest z góry na przegranej pozycji. To, że Jezus żył naprawdę nie znaczy, że był własnym ojcem i sam siebie umieścił w łonie matki. Wcale nie znaczy to też, że miał nadprzyrodzone moce. To, że naukowo nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć wszystkiego nie oznacza, że gdzieś jest Bóg a to, że jako cywilizacja się cały czas rozwijamy. Kiedyś zapewne uda się wytłumaczyć wszystko ale na pewno nie za naszego życia. Faktem jest też, że religia, każda, została założona przez człowieka i to w celu ustalenia zasad lub utrzymania władzy. Bóg jeżeli jest wszechmogący nie musi rozmawiać przez pośredników i bawić się w różne gierki budowania kościoła i społeczności. Strasząc poddanych różnymi karami i kuszenia obietnicami. Mógłby jasno pokazać wszystkim to jest piekło to jest niebo a to jest wasz status. Zrobicie coś dobrego przybliżacie się w jedną stronę zrobicie coś złego to w drugą. Ale Moim zdaniem to bzdury wymyślone dla masy by jakoś ich okiełznać. Ale to moje zdanie ktoś inny może mieć inne. Krucjat z tego tytułu nie będę organizował.

          • kuba nad 11/04/2017

            Co do argumentów za i przeciw – na końcu jest kwestia wiary – nawet najjaśniejszy i oczywisty argument może zostać obalony lub ominięty przez właśnie betonowanie się.
            Czy jeśli by Bóg do Ciebie przemówił prosto z niebia – uwierzyłbyś? czy byś stwierdził, że jest to przecież niemożliwe. „Miałem jakieś zwidy”.
            Ja zabetonowany nie jestem – po prostu jak dotąd nie zapoznałem się z żadnym DOBRYM argumentem na to że Boga nie ma.
            Co do nadprzyrodzonych mocy Jezusa – to też możesz odnaleźć w źródłach pozabiblijnych, że jednak robił rzeczy nie wytłumaczalne z punktu widzenia czysto naturalistycznego.

            Cieszy mnie twój brak chęci do krucjat – nic dobrego nie narobiły…. mnie też nie bawią.

            Zachęcam do próby obalenia tego że Jezus był i jest Bogiem. Systematyczne, głębokie i szczere poszukiwania dowiodą Cię do odpowiednich wniosków.
            Ja to robię jak tylko mogę – podważam moje własne zdanie – czy aby na pewno to co myślę jest logiczne??? Czytam, szukam, oglądam – ateistów, wierzących, sceptyków. I jak narazie jestem wierzący – i nadal się w tym umacniam.

            I tak.. możemy tu zakończyć.

            Peace!

  2. derpr 09/04/2017 Odpowiedz

    Myślę, że duży wpływ na Twoje podejście ma fakt, że jesteś protestantem. Że nie jesteś jednym z gazyliona wyznawców w korporacji jaką jest kościół watykański, ale że wraz z innymi protestantami tworzycie małą, zwartą wspólnotę, w której wszyscy się znają, nawzajem wspierają i razem ją tworzą i rozwijają.

    Sam jestem niewierzący, ale szanuję ludzi, którzy potrafią mówić o swojej wierze, są z niej dumni i potrafią pokazać jakie wartości z niej czerpią. Tacy ludzie są opozycją do ślepych wyznawców, którzy wierzą w każde słowo wygłoszone z ambony i do, jak to pięknie określiłeś, zbieraczy punktów.

    • ZUCH 10/04/2017 Odpowiedz

      wewnątrz KK też są małe wspólnoty i z tego co wiem to działają całkiem spoko. Wielka organizacja faktycznie jest problemem, ale to nie tylko KK. Im większa organizacja tym większa szansa, że pojawi się w niej cwaniak i zacznie chachmęcić po swojemu 🙂 Niemniej jednak uważam, że małe wspólnoty mają ogromną wartość. Z kolei duże mają ogromną siłę przebicia. Trudny temat 🙂

      • MonikaWoolfriend 10/04/2017 Odpowiedz

        O, dziękuję za tę odpowiedź. W naszej parafii jest mnóstwo malych wspólnot, bardzo zywych. właściwie po kazdej mszy mogę tam spotkać kogoś, kogo lubię. Wiem, ze taka parafia to skarb, ale też dowód, ze tak można.

  3. Marcin 09/04/2017 Odpowiedz

    „dając dziecku wybór, de facto nie dajemy mu tego wyboru, bo narzucamy mu przymus wybierania”
    Chyba oprawię sobie to zdanie w ramkę 😀 A akapit wyżej była wspomniana logika… 😉

    O ile nie da się nie sugerować, nawet podświadomie, swojemu otoczeniu preferencji czy wyższości A nad B mając własne zdanie na jakiś temat, tak akceptacja odmiennego podejścia i prezentacja argumentów obu stron są najbliższe temu, co można uznać za „wybór” w tej kwestii. Nikt chyba przez wybór nie rozumie „nie dostaniesz obiadu dopóki nie zdecydujesz czy wierzysz czy nie!” 😉 Chociaż wtedy by można było przynajmniej mówić o niestronniczej decyzji! Jeśli w ogóle można mówić o podejmowaniu decyzji przez osobę nie posiadającą stosownej wiedzy (no przecież, że można; wybory polityczne potwierdzają!).

    • ZUCH 10/04/2017 Odpowiedz

      Marcinie wyrwałeś zdanie z kontekstu. Tu nie chodzi o wybór jako taki, a o wybór światopoglądu. W kontekście całego akapitu i całego tekstu jest to zdanie sugerujące, że rodzić zawsze narzuca swój światopogląd religijny, nawet jeśli jest nim możliwość nieskrępowanego wyboru. Wtedy nie opowiada się za żadną ze stron narzuca komunikat, że żadna nie jest wyjątkowo ważna.

  4. matylda.semadeni 10/04/2017 Odpowiedz

    Ciekawa byłam twojego zdania, choć w sumie podejrzewałam, co napiszesz. Nie mam dzieci, ale wiem, co rodzice robili, jak moje rodzeństwo było niechętne. Nie zmuszać, bo będzie tylko gorzej. Choć w niedzielę rano pokusa, żeby pospać dłużej jest duża.

    Byłam jednej niedzieli w Holandii w takim zborze, gdzie na parę rodziców przypadała przynajmniej trójka dzieci i jak one po pieśniach poszły na szkółkę to w kościele zrobiło się bardzo pusto. To było bardzo ciekawe, bo u nas często takie małe dzieci zostają raczej w domu z babciami, a szkoda.

  5. Bart Bubak 10/04/2017 Odpowiedz

    Ja myślę, że jest jeszcze trzecia droga, a właściwie dróżka. Można nie chodzić do kościoła, nie identyfikować się z żadną z religii, ale starać się żyć „dobrze” i wychowywać własne dzieci na dobrych ludzi. Nie wiem czy wiesz o co mi chodzi, ale wydaje mi się że nie trzeba słuchać księdza, wykuć na blachę przykazań, czy brać udziału w sakramentach by być po prostu przyzwoitym człowiekiem.
    Nazywasz to „trendem liberalnym”, w sumie sama nazwa nie oznacza czegoś złego, ale mam nadzieje że moje dzieci gdy będą na tyle dojrzałe by samodzielnie podejmować takie decyzje, zrobią to świadomie. Przystąpią do jakiegoś kościoła lub nie, i dzięki temu (a może pomimo to?) nadal będą dobrymi ludźmi.
    Jednakowoż obecnie mam sporą alergię na to co wyprawia się w kościele katolickim i chciałbym oszczędzić dzieciom tego bagienka które prezentuje się w „codziennej wierze”. Tej dulszczyzny, pędu za pieniędzmi i luksusami, straszenia siedmiolatków diabłem na „religii” przez katechetkę która nie powinna mieć w ogóle do czynienia z dziećmi. I w końcu chorego podejścia do ciała i cielesności z jednej strony a pedofilii z drugiej (tak, w „mojej” parafii niedawno „zniknął” jeden z księży). Może w innych kościołach jest inaczej, ale ja Innego niż katolicki nie znam, w tym byłem wychowany a następnie sam ze wspólnoty zrezygnowałem. I nie, nie walczę z kościołem, przeszedłem poziom wyżej i po prostu go ignoruje… nadal starając się być dobrym człowiekiem.

    • ZUCH 10/04/2017 Odpowiedz

      a to chyba nie jest trzecia droga, tylko ta liberalna wspomniana przeze mnie. Bo wiesz, żeby nie było – ja absolutnie nie twierdzę, że w ateizmie nie można wychować porządnego człowieka. Jest to absolutnie możliwe. Tu akurat wiara nie wiele ma do rzeczy. Natomiast bycie porządnym człowiekiem nie koniecznie równa się bycie zbawionym człowiekiem. A to dla mnie – jak dla osoby wierzącej dość kluczowa kwestia. Dla ateistów oczywiście zupełnie nie istotna.

      • Jack 14/04/2017 Odpowiedz

        „Natomiast bycie porządnym człowiekiem nie koniecznie równa się bycie zbawionym człowiekiem.”
        Przyjmując już logikę wiary, akurat to, mi jako ateście, nie mieści się w głowie. Straszny wydaje mi się ten bóg.

        • ZUCH 14/04/2017 Odpowiedz

          czy ja wiem, czy taki straszny? Nawet tak po ludzku – olewasz kogoś przez całe życie, a być może i bluźnisz, obrażasz itp, a potem oczekujesz, że będzie ok? Oczywiście strasznie spłycam, bo to tylko komentarz, a nie wywód teologiczny, ale ludzie często mylą miłosierdzie i sprawiedliwość z byciem ślepym i naiwnym.

          • Jack 14/04/2017

            Rzeczywiście uważam, że w komentarzach nie da się nawet porządnie porozmawiać więc pewnie pozostaniemy przy swoich zdaniach, bo i temat rozmowy jest wielowątkowy, ale skoro bóg daje się zabić za kogoś, to czy później miałby mieć pretensje o „olewanie”? Kolejna kwestia, to skoro bóg się przede mną ukrywa, dając jedynie jakieś wskazówki, to raczej stwierdziłbym, że on mnie olewa 😉

          • ZUCH 14/04/2017

            Dał się zabić – tak. Ale to był dar. Czy z niego skorzystałeś? Druga sprawa – czy się ukrywa? A czy Ty szukasz? Wiesz, tak można w nieskończoność 🙂

  6. MatejBudz 10/04/2017 Odpowiedz

    Kościół jest jednym z elementów wiary. U Ciebie jest funkcjonuje tak jak powinno: wiara to nie jest godzinka w tygodniu w jakimś budynku do odbębnienia. Wiele osób sprowadza wiarę tylko do tego jednego dnia, zapominając że uczy sie wiary swoim postępowaniem. Każdy kto zadaje to pytanie powinien sobie też odpowiedzieć czym jest dla niego wiara, czy przypadkiem nie jest to odbębnienie wizyty w budynku. Jeżeli tak to zdrowiej dla niego jest nie chodzenie i nie uczenie dzieci takiej „wiary”.

  7. Lukasz 10/04/2017 Odpowiedz

    W starożytnej Grecji nie wybierało się bogów, oni byli wszyscy na raz nierozłącznie.

    „(…)nawet deklarujemy, że dziecko „będzie mogło sobie wybrać religię samo”. No proszę Was.” – ten fragment jest dla mnie niepokojący, bo zakłada, że jest jedna jedyna słuszna religia, a cała reszta to kpina i farsa. Porównywanie możliwości wyboru religii i wyznawania jej do codziennej zmiany t-shirtu też średnio trafione, bo to dwie różne rzeczy. Czym innym jest określenie samego siebie i wyznawanie buddyzmu, a czym innym jest bycie dziś buddystą, jutro muzułmaninem, a pojutrze rycerzem Jedi.

    „Ale dając dziecku wybór, de facto nie dajemy mu tego wyboru, bo narzucamy mu przymus wybierania. A możliwość wyboru wcale nie musi oznaczać wolności.” – ktoś tu się już odniósł do pierwszego z cytowanych zdań i niestety, Zuchu – kontekst nie pomaga. Możliwość wyboru oznacza w tym wypadku wolność, bo nie mówimy tu o wyborze „albo będziesz katolikiem, albo konserwatywnym żydem”. Mówimy tu o wyborze „wierz w co chcesz, lub nie wierz w nic”. Przynajmniej z mojego punktu widzenia taki jest wybór. Odnosząc się do Twojego komentarza „rodzić zawsze narzuca swój światopogląd religijny, nawet jeśli jest nim możliwość nieskrępowanego wyboru. Wtedy nie opowiada się za żadną ze stron narzuca komunikat, że żadna nie jest wyjątkowo ważna” – a jest?

    Jeśli ja jestem agnostykiem, co powinienem w takim razie powiedzieć mojej córce, aby była naprawdę wolna? Czy pozostawienie jej możliwości wyboru bez narzucania własnej wiary lub niewiary nie jest daniem jej wolności?

    • ZUCH 10/04/2017 Odpowiedz

      nie wiem co powienieneś powiedzieć córce – twoje dziecko, twoje wychowanie.

      a jeśli ktoś w coś wierzy, że jest prawdziwe, to nie może jednocześnie wierzyć, że inne też są prawdziwe. No chyba, żę wierzy w politeizm.

      I tak, dla mnie tylko jedna opcja jest ważna i prawdziwa. W tym nie ma nic niepokojącego.

  8. Michalina Kruszyńska 10/04/2017 Odpowiedz

    ” Natomiast bycie porządnym człowiekiem nie koniecznie równa się bycie zbawionym człowiekiem”
    W tylu bogów, bożków itp. ludzie od zarania dziejów wierzyli… Tyle religii istnieje na świecie… I ich żarliwi wyznawcy święcie wierzą, że właśnie ta ich jest jedynie słuszna. Czyli co? Ta reszta „wierząca inaczej” nie zostanie zbawiona? Dlatego uważam (ja osobiście), że lepiej już być tym uczciwym człowiekiem, niż żarliwym wyznawcą, negującym wiarę w innego boga, istnienie innej religii… Bo niby skąd mam wiedzieć na pewno, która jest ta „właściwa” i prawdziwa? Bardziej logiczne dla mnie jest przekonanie, że tu i teraz tworzymy sobie na Ziemi raj lub piekło. A niebo osiągamy żyjąc długo i szczęśliwie, w dobrym zdrowiu, w otoczeniu bliskich i przyjaciół. Jako nagrodę za przyzwoite życie.

    • ZUCH 10/04/2017 Odpowiedz

      Szanuję Twoje zdanie. Pozwolę sobie jednak mieć odmienne i będę się trzymał jednej wiary.

  9. Hipis 10/04/2017 Odpowiedz

    Fajne podejście, chyba się z nim zgadzam. Na pewno zgadzam się, że dzieci nie da się wychować bez religii, jeżeli ty sam w coś wierzysz. Przecież wiata to najważniejszy element światopoglądu. Jeżeli się podchodzi do niej prawdziwie i poważnie, wciela ją w życie, to dziecko i tak będzie ją przejmować. Jakoś nie widzę sytuacji, w której rodzice modlą się przed posiłkiem, ale dziecko jest wypraszane z kuchni, żeby nie być poddawane presji religijnej 😛 Sama wychowywałam się z nakazem chodzenia do kościoła i przez całe życie może dwa razy zwątpiłam w wiarę, poza tym zawsze sama, z własnej woli byłam religijna. Bardziej zaszkodziła mi religia w szkole, niż rodzice. Nie wiem, czy własne dzieci bym na nią posyłała, bardziej to szkodzi niż pomaga, a na pewno niczego nie uczy… Ale to inna kwestia. Nie wyobrażam sobie, żeby moje dzieci w przyszłości nie chodziły ze mną do kościoła i na wspólnotę. Oczywiście od jakiegoś rozsądnego wieku. Przez dawanie wolności rozumiem raczej, że gdy będą w miarę świadome siebie, będą mogły eksperymentować z innymi religiami, a po osiemnastce wypisać się z Kościoła i tyle.

  10. smokwawelski 11/04/2017 Odpowiedz

    Robieniem brzydkiej rzeczy z logiką (że tak pozwolę sobie zapożyczyć od Autora wpisu sformułowanie) jest twierdzenie, że w przypadku wiary, mamy do czynienia z dualnością światopoglądu – teizm, ateizm. Otóż mamy jeszcze co najmniej jedną opcję, pozwalającą na wolność, której Zuchu nie dostrzegasz, lub nie chcesz dostrzec. Jest jeszcze w tym wszystkim, wspomniany w jednym z komentarzy, agnostycyzm. To postawa charakteryzująca się rozumowaniem w kontekście braku przesłanek o istnieniu (teizm) lub nieistnieniu (ateizm) boga/bogów.

    W konteście Twoich rozważań nad wolnością, a raczej jej brakiem, przy wyborze swojego światopoglądu, wzięcie pod uwagę tej trzeciej opcji zmienia bardzo wiele. Oprócz opcji: masz wierzyć/masz nie wierzyć pojawiają się nowe możliwości – możesz wierzyć, ale nie musisz, możesz dokonać wyboru teraz, albo później, nie musisz nigdy dokonywać wyboru itp.

    Uważam, że dwa skrajne poglądy, które przedstawiłeś, nie pozwalają na zachowanie wolności wyboru. Bo trzeba podjąć decyzję, czy bóg istnieje czy nie. To podobny wybór do tego, czy wierzyć w Jahwe, Allaha czy Buddę, który z wolnością rzeczywiście nie ma nic wspólnego.

    Przyjęcie trzeciej możliwości – agnostycyzmu, sprawia, że nie muszę podejmować tej decyzji – tzn. mam wolność – mogę ją podjąć, ale nie muszę – chociażby dlatego, że nie ma przesłanek świadczących o słuszności którejkolwiek z nich.

    W jednym z komentarzy wspomniałeś, że nie można wierzyć, że coś jest prawdziwe i jednocześnie wierzyć, że coś innego (odnoszące się do tej samej kategorii – u Ciebie wiary) też jest prawdziwe. Tu również się z Tobą nie zgodzę. Jedna książka mówi, że zielony (kolor) to „mający barwę świeżej trawy lub szmaragdu” (to z SJP PWN). Czy zatem gdy w innej książce napisano, że zielony to kolor, który powstanie z połączenia żółtego z niebieskim to możemy mówić, że któreś z nich jest stwierdzeniem nieprawdziwym? Czytający jedną książkę wierzą, że bóg ma na imię Allah, a Mahomet jest jego prorokiem. Czytający inną książkę wierzą, że jeden bóg występuje w trzech osobach. Jeszcze inni twierdzą, że bóg ma na imię Jahwe i powinni czekać na przyjście Mesjasza, ale ten, w którego wierzą, ci drudzy, nie jest tym Mesjaszem. Żeby było ciekawiej, w książce tych pierwszych też pojawia się ten, w którego wierzą ci drudzy, a ci trzeci nie uznają go za Mesjasza. Żeby było jeszcze ciekawiej, z punktu widzenia teorii literatury, wszystkie trzy książki to fikcja literacka, a zatem o tym, co zostało w nich przedstawione nie możemy logicznie wnioskować (nie możemy stwierdzić czy to prawda czy fałsz).
    Przechodząc do sedna, odczytywanie którejkolwiek ze świętych ksiąg jakiejkolwiek religii przez pryzmat prawdziwości to jedno wielkie nieporozumienie. Według mnie każda religia próbą wepchnięcia w proste ramy tego, czego ludzie nie rozumieją, stara się w jakimś stopniu ułatwić i uspokoić ludzką egzystencję. Kiedyś ludzie modlili się do Posejdona lub Aegira, by ten uspokoił morskie fale (bo nie potrafili zrozumieć skąd one się biorą, jak je przewidzieć, jak sobie z nimi poradzić), dziś nie jest to już potrzebne. I czy ktokolwiek wierzy w Posejdona lub Aegira? Nie ogarniamy jeszcze kwestii tego, skąd się wzięliśmy (skąd nasz świat wziął początek i co było przed nim) – tłumaczymy sobie to aktem stworzenia świata przez boga. Kiedyś ludzie nie potrafili ogarnąć kwestii ilości lat, od kiedy istnieje ziemia, więc było to tłumaczone przez pryzmat 6 dni + jeden dzień odpoczynku, bo tydzień był dla ówczesnych pojęciem znanym i zrozumiałym. Dzisiejsi filozofowie kościoła otwarcie mówią, że tydzień w Księdze Genesis to metafora. Dlaczego? Bo znamy już historię świata i potrafimy operować na większych liczbach niż 144 tysiący.
    Ludzie obawiają się tego, co ich czeka po śmierci. Wiara w boga (jakkolwiek by miał na imię) daje im spokój i nadzieję, że to nie koniec. Jedni dostaną swoje dziewice, inni będą czekać na ponowne przyjście Mesjasza. Jeszcze inni koniecznie chcieli ginąć z mieczem w ręku, by trafić do Valhalli. Co kto woli, jednak mechanizmy są dokładnie te same. Ludzie sięgają po wiarę zawsze wtedy, gdy mamy do czynienia z niezrozumiałymi dla nich elementami życia. Jeśli ktoś tego potrzebuje to niech wierzy, jeśli nie potrzebuje to niech nie wierzy. Ale jest też przecież przestrzeń dla tych, którzy twierdzą, że nie ma podstaw by wierzyć lub nie wierzyć.
    I to jest wolność. Mogę, ale nie muszę decydować, czy opowiadać się po którejkolwiek ze stron.

    To zabrzmi trochę jak masło maślane, ale podstawą wiary jest wiara. Ty nie wiesz, czy to, w co wierzysz jest prawdziwe, bo gdyby tak było to nie nazywałbyś tego wiarą, a pewnikiem. Gdybyś wiedział, że jest nieprawdziwe, a byś wierzył to nie tylko byłby to pewnik, ale też głupota :-). Agnostycy starają się właśnie tej głupoty uniknąć. Nie twierdzą, że bóg istnieje czy nie.

    Tak na zakończenie, przechodząc do dzieci. Wiara jest prostym narzędziem mówienia dziecku co jest dobre, a co złe. Ktoś nas stworzył, ktoś nas kocha, jest ważniejszy niż mama i tata i mówi, że tak można postępować, a tak nie. I (teraz najlepsze), kiedyś przyjdzie i nas z tego wszystkiego rozliczy – dostaniemy nagrodę lub karę (pomimo tego, że dał nam wolną wolę to będzie nas rozliczał, więc podstawą uzyskania nagrody przestaje być wiara w niego, a postępowanie zgodnie z zasadami, które ułożył – tymi samymi, z których skorzystały też inne religie, tymi samymi, które istniały na długo przed pojawieniem się danej religii) :-). Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie muszę wierzyć w jednego, drugiego czy trzeciego boga, by być dobrym człowiekiem. Nie wiara w to, że ktoś zginął na krzyżu lub przeprowadził naród wybrany przez morze sprawia, że jestem dobrym człowiekiem. Czynią to wyznawane przeze mnie zasady. Te mogą być oczywiście zbieżne z tym, czego naucza kościół, ale nie muszą mieć swoich podstaw w nim.
    Jeśli nie zabijam to nie dlatego, że kościół zabrania (Po piąte…), ale dlatego, że odbieranie komuś życia, zadawanie bólu, cierpienia itp. jest niezgodne z moim sumieniem i światopoglądem, który równie dobrze mógł być ukształtowany przez filozofię, a nie religię. Zatem czy dziecko powinno chodzić do kościoła, czy powinno się je do tego zmuszać? Posłużę się pewnym znanym w Internecie tekstem: Religia jest jak penis. Dobrze jest mieć jednego. Dobrze być z niego dumnym. Ale proszę, nie wystawiaj go publicznie, nie wymachuj nim dookoła i nie próbuj wpychać go dzieciom.

    Moje dzieci (o ile się dorobię) będą miały wybór. Od najmłodszych lat będę uczył je co jest dobre, a co złe (bez religijnej otoczki). Jest to nadal światopogląd, ale bez religii. Coś co nazwałbym wychowaniem. W szkolę poślę na etykę, a nie religię (niech pozna różne światopoglądy) i jeśli zechce to niech samodzielnie wybierze, czy religia jest mu do czegokolwiek w życiu potrzebna. Bo wychodzi na to, że w obecnych czasach to religia jest nam najbardziej potrzebna by nie czuć się wykluczonym (bo jedno dziecko dostanie na komunię rowerek, inne quada, a moje dziecko nic, bo nie jest komunistą :D), a chyba nie taka jest jej idea.

    Pozdrawiam
    Wojtek

    P.S. Sorry za rozwlekły komentarz 🙂

    • ZUCH 11/04/2017 Odpowiedz

      bardzo obszerny komentarz, ale niestety muszę stwierdzić, że nie zgadzam się z nim w wielu punktach. W zasadzie nie zgadzam się z praktycznie całym i to nie zgadzam się bardzo. Moje stanowisko jest w tekście, więc nie będę się powtarzał. Nie mniej jednak dzięki za komentarz.

      • smokwawelski 13/04/2017 Odpowiedz

        Ale z czym się nie zgadzasz? Z tym, że ludzie nie wierzą już w Posejdona? Z tym, że Żydzi nie uznają Jezusa za Mesjasza? Z tym, że istnieje światopogląd nazywany agnostycyzmem? Z tym, że agnostycyzm zakłada brak konieczności dokonywania wyboru, o którym piszesz w artykule? Z tym, że podstawowym założeniem wiary jest wiara? Z tym, że za pomocą wiary tłumaczy się dzieciom co jest dobre, a co złe?

        Wybacz, ale Twoja odpowiedź brzmi tak, jakby brakowało Ci jakichkolwiek argumentów, by prowadzić dyskusję na temat, który poruszyłeś w swoim wpisie. Napisz proszę, z którymi z przytoczonych przeze mnie tez się nie zgadzasz i dlaczego :-). Zawsze chętnie czytam odmienne zdania. To pozwala się rozwijać, czasem zmieniać swój sposób myślenia, a czasami utwierdzać się w tym, że jednak z moim rozumowaniem jest wszystko w porządku.

        Pozdrawiam
        Wojtek

        • ZUCH 13/04/2017 Odpowiedz

          prawdopodobnie nie ma juz ludzi wierzących w Posejdona. Istnieje spora grupa tzw Żydów Mesjańkich wierzących w boskość Jezusa. Istnieje angostycyzm – od wieków, jeśli nie od milleniów, nawet swojego czasy był dość mocnym ruchem filozoficznym. Agnostycyzm nie zakłada braku konieczności wyboru. Wiara pomaga tłumaczyć co jest dobra, a co złe. Argumentów mi nie brakuje, za to czasu (choćby żeby przeczytać Twój komentarz) już tak. Dlatego piszę bloga – to jest moje oświadczenie. Dyskusje – tak rozległe – prowadzę tylko w realu.

  11. MyLittleAntS 13/04/2017 Odpowiedz

    Ja wyszedłem z założenia, że jak się dzieci zainteresują religią to im to wyjaśnimy. nie będę niczego zabraniał, ani do niczego zmuszał. Sam nie jestem religijny, ale rozumiem jak ktoś tego potrzebuje.

  12. Michał 14/04/2017 Odpowiedz

    Niemal nigdy nie komentuje tematów związanych z religią oraz polityką. Również jestem „nietypowego wyznania”. Jestem również mocno wierzący i praktykujący. Z tej perspektywy Zuchu wiesz zapewne że na ojcu jako głowie domu, ciąży obowiązek zaspokojenia potrzeb duchowy rodziny – może to być wspólna domowa analiza Biblii, może to być wspólne spędzanie czasu. Kościół tych potrzeb nie zaspakaja.
    Z drugiej strony przynależność do określonej grupy, może dać siły i pomagać w szczególności w świetle „kryzysu wiary” np. w wieku nastoletnim.

    • ZUCH 14/04/2017 Odpowiedz

      Miło Cię poznać od tej strony 🙂 A co do meritum, to mam podobne przemyślanie i właśnie z nich taka konkluzja, żeby nie zmuszać, nie kazać, itp. Tylko zachęta, najlepiej przykładem, bo wtedy ta przynależność będzie naturalna i faktycznie może odegrać ważną rolę w przypadku kryzysów. Zresztą nie tylko kryzysów, o sam przecież wiesz, ze i na codzień wspólnota jest ważna i w radości i w smutku.

      • Michał 14/04/2017 Odpowiedz

        Z drugiej strony – dziecko, może nie umieć podejmować samodzielnie decyzji. Dlatego do momentu osiągnięcia pełnej samodzielności zasady powinny być raczej konkretne. Nie wyobrażam sobie jako 11-13 latek powiedzieć tacie, że nie chcę z nim iść dziś. Jeśli bym spróbował tata raczej spokojnie wyjaśniłby mi dlaczego do momentu osiągnięcia samodzielności „muszę”.

        • ZUCH 14/04/2017 Odpowiedz

          jeszcze kwestia tego kiedy jest sie samodzielnym i co powoduję to „niechcenie”. Czy to chwilowa fanaberia, czy większy temat. No ale to na zupełnie inną, już chyba nie „komentarzową” dyskusję 🙂

          • Michał 14/04/2017

            zdecydowanie – to co? Prv? 🙂

          • ZUCH 14/04/2017

            🙂 BCP już niebawem, będzie okazja 🙂

  13. BasiaKupuje.pl 31/05/2017 Odpowiedz

    Teoretycznie zmuszanie może nie być najlepszym pomysłem, jednak jeśli rodzic ma trochę oleju w głowie, może „sprytnie” urobić potomka, żeby bez większego przymusu towarzyszył mu w niedzielnej Mszy Św.;) Nie ciągnąć na siłę, tylko przekonać, że trzymanie z Górą ma swoje benefity;D

  14. Tomasz Kane 06/06/2017 Odpowiedz

    Dobrze napisane Zuchu.

  15. Paweł Tomkiel 02/08/2017 Odpowiedz

    Hej,

    Ja w podobnym klimacie napisałem artykuł do wszystkich (nie tylko dzieci) -> http://www.braciaprzykawie.pl/przestan-chodzic-do-kosciola-5-powodow/ .Co do dzieci to jeszcze się nie wypowiem, ale już teraz zbieram informacje 🙂

    Trzymaj się!

  16. Mono25 25/11/2017 Odpowiedz

    witam. słyszałem, że dzieci poniżej czternastego roku życia nie mają obowiązku chodzenia do kościoła w niedzielę. po prostu nie mają grzechu, mimo tego że nie byli na Mszy Świętej. czy to prawda???

    • ZUCH 26/11/2017 Odpowiedz

      Nigdzie w biblii nie ma czegoś takiego. Inna sprawa, że biblia nie mówi też nic o mszy i ogólnie obowiązku w nim uczestniczenia. Jest mowa o świętowaniu w dzień szabatni (który swoją drogą jest sobotą) i mówi o spotkaniach wspólnot i wspólnej modlitwie i wielbieniu Boga. Ale nie, że „w niedziele o 11:00 musisz iść do kościoła na mszę, bo inaczej zgrzeszysz”. Zresztą – polecam przeczytać tekst, który komentujesz, tam piszę o tym co myślę o takich obowiązkach.

  17. Pingback: Dlaczego młodzi ludzie przestają chodzić do Kościoła? - Blaber

    […] Czy powinniśmy kazać dziecku chodzić do kościoła […]

    Odpowiedz

Leave your comment Cancel Reply

(will not be shared)

Co u mnie przeczytasz:

MAŁŻEŃSTWO
Wierzę w małżeństwo. Staram się żeby moje było jak najlepsze.

RANDKA W KAPCIACH
Cotygodniowe pomysły na randkę w domu: jedzonko, wino, muzyka i głębokie rozmowy.

ZUCHBIEKTYWNIE
Ogólne przemyślenia na temat kondycji świata.

JAK BYĆ OJCEM
Garść subiektywnym porad na zasadzie – u mnie działa.

ZUCH W PRACY
Jestem freelancerem od 2012 roku. Dzielę się moim doświadczeniem.

DZIECI I TECHNOLOGIA
Technologia i media społecznościowe w życiu naszych dzieci.

EDUKACJA
Edukacja nie musi być nudna, a co najważniejsze – może być skuteczna.

ZUCH BUDUJE DOM
Zbudowałem dom. Od zera. Budowa, wystrój, ogród. Po mojemu.

ZUCH GEEK
Gwiezdne Wojny, superbohaterowie, planszówki i komiksy.

ZUCH TO SAM – DIY
Kilka rzeczy, które można zrobić własnoręcznie.

Co u mnie zobaczysz:

KOMIKS BIUROWY
Z pracy w biurze, to można się tylko nabijać.

KOMIKS RODZINNY
Życie rodzinne z przymrużeniem oka.

ZUCH rysuje na sprzęcie od:

Spokój blogowania zapewnia:

hosting

Popularne wpisy

  • list-do-coreczki_TM
    List do córeczki – na urodziny
  • na-mojej-głowie_T
    „Na mojej głowie” – scenariusz serialu komediowego
  • facet-przy-podordzie_TM
    Po jaką cholerę facet przy porodzie?
  • pexels-kampus-7414103
    Pijesz Wojanka do białego ranka?
  • pies w domu
    Pies i małe dzieci czyli czy warto i co trzeba przemyśleć

Wszystkie teksty i komiksy objęte są prawami autorskimi. Zabronione jest ich kopiowanie w części lub całości bez wiedzy i pozwolenia autora.